13. Półmaraton Warszawski – relacja

Nie zrealizowałem założonego celu. I wiecie co? Bardzo mi z tym dobrze. Bo zyskałem znacznie więcej niż tylko świetny, choć leciutko odbiegający od przestartowych założeń, wynik.

Chciałem pokonać półmaraton poniżej 1 godziny i 20 minut. W trakcie moich zmagań na trasie, caaały czas miałem w zasięgu wzroku zająców prowadzących grupy na złamanie tej granicy. Nie dogoniłem ich. Ostatecznie skończyłem z czasem 1:20:07, który dał mi 205. miejsce open na około 14 tysięcy osób. Jeszcze króliczka, a właściwie zająca, dogonię. Zabawa nadal trwa, taka moja „Moda na sukces” 😉

Pomimo niezrealizowania założonego celu, uśmiech nie schodził z mojej twarzy. Byłem, no i nadal jestem, niesamowicie zadowolony z tego, co osiągnąłem. Wygrałem sam ze sobą. Wiem, jak banalnie to brzmi.

Ale jak inaczej można nazwać świetny wynik w półmaratonie biegany z treningu pod 10km? W jakich słowach określić satysfakcję, kiedy nie zwolniłem z powodu bólu tyłka nierozerwalnie towarzyszącego mi przez 3/4 dystansu niczym szabla Wołodyjowskiemu? Dodam do tego jeszcze zmęczenie spowodowane trzema dniami służbowych konferencji (z czego jeden zakończony imprezą, w moim wykonaniu na sucho, hehe), w których uczestniczyłem w tygodniu poprzedzającym półmaraton. Tak, wiem, może i stroszę swój ogon jak paw w Łazienkach, jednakże przeogromnie jaram się z mojego sukcesu! 🙂

13PW_kubek
Taki tam Zakościelny / fot. FotoMaraton.pl

Co do samego przebiegu zawodów: nie biegło mi się ani dobrze, ani źle. Średniawka. Nie kontrolowałem przesadnie tempa spoglodając na zegarek. Tylko starałem trzymać grupę na 1:20 w zasięgu wzroku i zbytnio nie oddalać się od niej.

Dzięki temu, że prędkość narzucał ktoś inny, czerpałem radość z biegania. Zawody z pacemakerem to coś genialnego. Jedno, nawet całkiem poważne, zmartwienie odeszło, zatem mogłem skupić się na chłonięciu pozytywnej energii od licznie zgromadzonych kibiców. Z niektórymi przybijałem piątki, niektórym wysyłałem gesty uznania, jeszcze innych zachęcałem do głośniejszego dopingowania 😀 Podobało mi się to jak swojego czasu Mucha Wojewódzkiemu.

Największy podczas tego półmaratonu, ale obiektywnie niezbyt wielki, kryzys dopadł mnie około 10-11km. Na szczęście wtedy na słuchawki wleciał „Prequel” PRO8L3M-u i złapałem wiatr w żagle.

Kolejny sposób, jakiego użyłem, aby zdopingować samego siebie do nieustannej walki, to odliczanie kilometrów do końca. „Eee, zobaczymy, jak będzie do 15km”, „Eee, tylko 6km zostało”, „Eee, teraz tylko 3km, w tym momencie chcesz zwolnić?” – mniej więcej tak brzmiał mój monolog wewnętrzny.

Zabrakło mi tylko potężnego depnięcia na ostatniej prostej. Ale to dość zrozumiałe. Poprawiłem życiówkę o 2 minuty i 44 sekundy (o 7 sekund na każdym z kilometrów!), więc miałem prawo nie mieć wystarczająco dużo energii na mocny finisz.

IMG_20180325_124916_493
Oczy chyba mówią wszystko 😉 / fot. Monika

Za linią mety 13. Półmaratonu Warszawskiego uśmiech towarzyszył mi bez przerwy. I o to w tym wszystkim chodzi! 🙂

Tradycyjnie, na sam koniec, przejdę do podziękowań. Przede wszystkim dziękuję Mojej Dziewczynie za ogromne ciepło, jakie ma w sobie i jak cierpliwie wytrzymuje moje biegowe gadulstwo. No i kuuurde, za cały bufet po zawodach: baton, lody, tosty, pizza. MEGA. Dziękuję również najwierniejszym kibicom: czyli Rodzinie i Ziomeczkom. Dajecie mi konkretnego kopa!

5 Replies to “13. Półmaraton Warszawski – relacja”

  1. Gratulacje ZAKOŚCIELNY 😀 Jak kiedyś ćwiczyłam na siłowni i nie miałam już siły na kolejne powtórzenie, to dobra muzyczka też dawała mi nowej energii. Nie wiem na jakiej zasadzie to działa 😀

    1. Wybacz, że dopiero teraz odpowiadam 😉 Ja też do końca nie wiem. Może po prostu odpowiednia muzyka w odpowiednim rytmie wyzwala więcej energii? Albo dzięki muzyce nie odczuwamy bólu aż tak bardzo, bo uwaga jest skupiona na czymś innym?

      No i nie byłbym sobą, gdybym nie pojechał argumentem ultranaukowym: już pod Grunwaldem bito w bębny i śpiewano „Bogurodzicę”, co by podnieść morale ryczerzom 😀

  2. Chcę te batoniki. Teraz!!!

    1. Półmaraton był 25-ego marca.
      Napisałaś komentarz 10-ego kwietnia.
      Przeczytałem go dzień później.
      Beata, chyba nie masz pretensji do mnie, że już ich nie ma? 😀

  3. Nie!!!!!!!!!!!!

Dodaj komentarz