4F Piątka Praska 2018 – relacja

biegam i plone

17:55 na 5km kilometrów i 39. miejsce open na nieco ponad 2500 biegnących to całkiem niezły wynik. Biorąc pod uwagę, że jeszcze zostały mi tylko cztery tygodnie do głównego startu jesieni, ostatni sprawdzian przed biciem życiówki uznaję za udany. Miałem pobiec poniżej 18 minut i cel zrealizowałem. Na mecie czułem, że tego dnia nie wycisnąłbym z siebie więcej.

No dobra, może i pobiegłbym szybciej, może i urwałbym te pięć sekund, ale po co? Henryka Szosta i tak bym nie wyprzedził. Ten zwyciężył w 4F Piątce Praskiej z czasem 14:46. Dla mnie kosmos i czarna materia. Na dodatek, wynik lepszy o te ewentualne pięć sekund nawet nie stałby obok mojej życiówki wynoszącej 17:12.

na czele grupy
Nie wiem, za kim tak spoglądam / fot. FotoMaraton.pl

Po przekroczeniu linii mety musiałem sobie chwilkę odpocząć na ziemi – to dla mnie najlepszy wyznacznik wysiłku, który włożyłem w sobotny bieg. Pomimo braku dynamitu w nogach na finiszu, ostatni kilometr był najszybszym z pięciu (3:26). Kurde, te szkitki 30 września mają żwawo i wściekle kicać niczym zając w polu pokrzyw, a nie szurać! Przyznam, że oczekiwałem od siebie lepszego zakończenia zawodów. Jednakże nie biegło mi się komfortowo.

Nogi, nie wiedzieć czemu, miałem nieco ociężałe. Na kilka dni przed zawodami zluzowałem z treningami, ale moje witki nie były świeże niczym zapach kostki klozetowej. Może to był jeden z tych dni, kiedy po prostu wychodzi gorzej? Mam pewne podejrzenia, że pomaganie w przeprowadzce już byłej współlokatorce na dwa dni przed startem mogło nieco zmęczyć moje nogi, no ale bez przesaaady. Robienie rundek z tobołami z drugiego piętra na parter nie powinno było mnie styrać 😉

Dobra, już koniec ze smęceniem, szukania dziury w całym i obszarów, gdzie można coś poprawić.

biegam i plone
Ognisty finisz / fot. FotoMaraton.pl

Wiecie, co mnie najbardziej ucieszyło w sobotę? Wyprzedzenie na trasie Roberta Korzeniowskiego (ostatecznie miał 18:14) i otrzymanie medalu z rąk samego Jacka Wszoły. Nie, multimedalista olimpijski w chodzie tym razem nie szedł 😉 I owszem, zdaję sobie sprawę, że mógł nie biec na maksa. Niemniej jednak cieszy mnie ten mały sukces. Co do drugiego z wymienionych sportowców: to fantastyczne uczucie, kiedy złoty medalista olimpijski i były rekordzista świata w skoku wzwyż wręcza nagrodę za bieg. Oczywiście, z powodu zmęczenia doszło to do mnie jakieś 20 minut później. Taki tam entuzjastyczny flashback.

Na sam koniec chcę podziękować paru osobom, bez których moja radość z biegania nie byłaby tak euforyczna. Monika, rodzina, ziomeczki i ziomkinie – piona dla Was!

Dodaj komentarz