Bang! Nowa życiówka w maratonie! – relacja z Orlen Warsaw Marathon 2019

14 kwietnia byłem jednym z najszczęśliwszych ludzi co najmniej w Warszawie. Zaliczyłem się do grona osób, które tego dnia ukończyły maraton. Ba, nawet ustanowiłem nową życiówkę – 2:58:20. Jak do tego doszło? Zapraszam do przeczytania relacji z Orlen Warsaw Marathon 2019.

Potwierdziło się stare góralskie przysłowie, że najtrudniejsze w maratonie są przygotowania, a nie sam start. Zrealizowałem około 90% planu treningowego, więc fizycznie byłem gotowy. Oprócz bólu nóg mniej więcej od 34.-35. kilometra, nic mi nie doskwierało. Zdziwiłbym się, gdybym nie odczuwał żadnego dyskomfortu od pasa w dół.

Nie doświadczyłem spędzającej sen z powiek mitycznej maratońskiej ściany. Ładowanie węgli przez trzy dni poprzedzające start plus sześć zjedzonych żeli na trasie idealnie zapełniły bak. Nie odwodniłem się, ponieważ dużo piłem nie tylko na trasie (odwiedziłem każdy punkt z wodą), ale też dbałem o odpowiednie nawodnienie wcześniej. Plastry z Muminkami zdały egzamin, więc sutki nie krwawiły. Pachwiny również nie, bo wcześniej wysmarowałem je wazeliną.

Podwójne espresso dla pana w niebieskim / fot. FotoMaraton.pl

Jednak po biegu okazało się, że na stopie nabawiłem się zaledwie jednego bąbla. Co to jest w ogóle? Moja dziewczyna i jej siostra były niezwykle zaskoczone, kiedy dowiedziały się, że to pierwszy bąbel w całym życiu, jaki pojawił się na mojej stopie. Sądzę, że byłyby równie osłupiałe, gdybym powiedział „wiecie co, już nie mogę tej pizzy”.

Ogromu szczęścia dopełniło zwycięstwo z wrzodziejącym zapaleniem jelita grubego. Choroba w ogóle się nie odezwała. Zajebiście się czuję z tym, że pokazałem jej środkowego palca 🙂

Co do samego przebiegu startu: pierwsze 14 kilometrów minęło szybciutko. Dlaczego akurat 14, a nie 12 czy też 16km? Bo akurat zbliżając się do flagi oznaczającej 14. kilometr o tym pomyślałem 😉 Tak naprawdę, nie dłużyło mi się W OGÓLE. Sądzę, że pomogło tutaj odliczanie „do kolejnego żelu”, które wsuwałem odpowiednio na 5., 11., 17., 23., 29. i 35. kilometrze.

Podbiegi na Myśliwieckiej i Tamce nie były straszne. Po prostu je pokonałem, haha. Tętno mi na nich skakało do ponad 170 uderzeń na minutę, lecz po wypłaszczeniu wracało do normy – około 160-162 uderzeń na minutę. Jak widać, opłacało się w ogóle nie robić podbiegów 😀 Z drugiej strony, tutaj tkwią moje rezerwy.

Ostatnia prosta / fot. FotoMaraton.pl

Cały maraton pokonałem w równym tempie. Wielka w tym zasługa Oskiera, który prowadził swoją koleżankę na złamanie trzech godzin. Kiedy na początku zauważyłem, że suną pożądanym przeze mnie tempem, doczepiłem się do nich. Ale jednak nie mogłem nie zaszaleć na finiszu. Szczególnie gdy w słuchawkach usłyszałem pierwsze dźwięki „Ante Up”. Nawet sobie nie wyobrażacie, jak mnie to pobudziło na ostatniej prostej. Bardziej niż widok Pawła i Kamili na 1,5 kilometra do mety. Ziomek, z którym znam się od ponad 20 lat, wraz ze swoją dziewczyną postanowili zagrzać mnie do boju pod koniec trasy. No kuuurde, wspaniałe to było! Dzięki wielkie!

Moja luba ze swoją siostrą również chciały mnie dopingować na trasie bez żadnej zapowiedzi, ale byłem tak skupiony na biegu, że ich nie zauważyłem (dwukrotnie!). Ufundowałem im pizzę po maratonie, więc chyba przestały żywić ewentualną urazę w momencie, kiedy same się pożywiły, hehe.

Jak już wspominam o skupieniu, to nie mogę nie podkreślić, że WSZYSTKO w mojej głowie zagrało od strzału startera do przekroczenia mety. Koncentracja i determinacja w dążeniu do celu przeszły moje najśmielsze oczekiwania. Ani razu w trakcie tych niespełna trzech godzin nie zwątpiłem w siebie, ani nie spytałem „po co to robisz, Piotrek?”, „troszkę boli, może zwolnisz?” lub „jutro do roboty koszulę niebieską czy fioletową?”. Trening mentalny zrobił swoje. Polecam każdemu.

PODWÓJNY CZAJNICZEK!!! / fot. FotoMaraton.pl

2:58:20 i życiówka poprawiona o 39 sekund. Warto było.

Oczywiście to nie jest wyłącznie mój sukces. Uważam, że jest on wynikiem nie tylko mojego zaangażowania w treningi, ale również i wsparcia jakie otrzymywałem od dziewczyny, rodziny, mordeczek, zabiegów u fizjoterapeuty Roberta, sesji u psycholog Kingi i oczywiście pomocy Oskiera na trasie. Wielkie uściski i całuski wysyłam w Waszą stronę. Bez Was spełnienie mojego kolejnego celu byłoby niemożliwe. Dziękuję!

A teraz pora rozprawić się z życiówką na 10 kilometrów! Jednakże zanim to zrobię, siądę pod liściem i odpocznę sobie.

Dodaj komentarz