Co mam w głowie tydzień przed maratonem?

Nie mogę się doczekać niedzielnego startu na królewskim dystansie!!!

Biegam z mniejszymi lub większymi przerwami od wakacji 2007 roku. I w zasadzie od samego początku towarzyszyła mi myśl, aby sprawdzić się w maratonie. Jednakże wiedziałem, że będę musiał trochę poczekać i swoje wybiegać. Nie chciałem zrobić sobie krzywdy rzucając się na niekończącą sie trasę, ekhem, głęboką wodę.

W kwietniu 2016 roku w końcu przebiegłem 42km i 195m. Czas? 2:58:59. Jak na debiut całkiem w porządku 🙂 Chciałem udowodnić sobie, że pomimo problemów ze zdrowiem (trzy razy ostre zapalenie trzustki, a następnie zdiagnozowane wrzodziejące zapalenie jelita grubego) jestem w stanie osiągnać coś zajebistego.

Potem nie miałem ochoty na tak długi bieg. Wolałem poprawiać swoje czasy na krótszych dystansach.

Aż w końcu, jesienią 2018 roku postanowiłem: jeszcze raz przeżyję tę genialną przygodę. Tak, wiem, sformułowanie „genialna przygoda” nawet nie powinno stać obok maratonu, czy nawet godzinnego biegu. Przynajmniej dla normalnych osób.

Ale ja zaliczam się do tych, którzy z normalnością się pokłócili i nie chcą jej widzieć, niczym partnerki (lub partnera) po burzliwym rozstaniu. Wiecie takim z „pakuj manele i wyyy…nocha z mieszkania”. I jest mi z tym dobrze.

Kurde, przecież ja to uwielbiam. A jednym z moich biegowych marzeń jest porzygać się po treningu. Jestem ciekawy, gdzie jest ta granica cierpienia, po której przekroczeniu treść żołądkowa mówi „I’m baaack!”.

Już zacząłem odczuwać przedstartowy stres. To całkiem przyjemne podniecenie. Staram się nie panikować i nie wyolbrzymiać pierdół, które mogłyby mi przeszkodzić w osiągnięciu głównego celu, czyli ustanowieniu życiówki. W razie czego, wyznaczyłem sobie również cel B: bieg poniżej trzech godzin. Celu C nie mam.

Fizycznie jestem solidnie przygotowany. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie zrealizowałem 100% planu treningowego. Ale z drugiej strony, mam też inne rzeczy do roboty. Pranie, gotowanie, czasem sprzątanie 😉

Jeśli chodzi o psychikę, wzbogaciłem ją o parę strategii/technik, których użyję, gdy bieg nie będzie toczył się po mojej myśli. Kotwiczenie, centrowanie, pozytywna mowa wewnętrzna, uspokojenie się poprzez oddychanie, odpowiednia muzyka – jest z czego wybierać.

Zostało kilka dni. Teraz tylko chill, leżonko, a przez ostatnie trzy doby przed startem ładowanie węgli. Dżem i makaron to są bracia moi.

Żeby tylko jelita współpracowały i będzie git majonez.

Dodaj komentarz