Dlaczego biegam?

Dzisiaj odpowiem Wam na jedno z najbardziej sztampowych pytań, jakie może paść w stronę biegacza. Ale jeszcze nikt mi go nie zdążył zadać, więc wychodzę na przeciw, haha. Powodów, dla których amatorsko trenuję bieganie jest kilka. Sądzę, że Was zaciekawią.

Nie, nie widzę w swoim bieganiu waloru metafizycznego. Często się słyszy, że „w trakcie treningów rozmyślam o banalnych problemach dnia codziennego, to moja ucieczka od natłoku obowiązków” lub „wpłynąłem na suchego przestwór oceanu” itp. itd. No dobra, czasem do głowy mi wpadnie rozwiązanie jakiejś trudnej sprawy, ale naprawdę trudno jest uruchomić głębokie pokłady inteligencji, kiedy mknie się interwały albo trening w drugim zakresie tętna. W takich sytuacjach, jestem skupiony na wykonaniu zadania.

Wracając do odpowiedzi na pytanie postawione w tytule…

Uwielbiam zabawę w sportowca

Tak, bieganie jest dla mnie niespełnionym pragnieniem z dzieciństwa, kiedy to każdy z małolatów z blokowej ekipy chciał zostać piłkarzem. Żaden z nas nie poszedł tą ścieżką. A kto wie, może któryś by stanowił trzon ekipy, która pojechała na tegoroczny mundial… I być może byśmy nie odpadli w rundzie grupowej 😉

Planowanie treningów, ciągłe dążenie do poprawy wyników, odpowiednie żywienie (z tym jest największy problem), zapoznawanie się z fachowymi książkami i artykułami – wszystkie elementy stanowią niezwykle ciekawą układankę, będącą dla mnie niesamowitą zabawą. Oczywiście, są momenty, kiedy nie mam w ogóle ochoty zakładać butów biegowych, aby śmignąć nawet te sześć regeneracyjnych kilometrów. Jednakże w takich przypadkach przypominam sobie o celu: w 99% przypadków jest to życiówka na danym dystansie. I wychodzę. W końcu jestem, to znaczy, bawię się w sportowca, a sportowiec trenuje!

Przy tym argumencie chcę wspomnieć również o rywalizacji. Jest to chleb powszedni każdego sportowca. Nieważne, czy konkuruję z samym sobą (ten punkt będzie rozwinięty dalej), czy z rywalami bezpośrednio lub korespondencyjnie na trasie. Dlaczego korespondencyjnie? Ostatnio w mojej korpo ktoś wpadł na pomysł wakacyjnego konkursu w liczbie spalonych kalorii, przebiegniętych kilometrów i przejechanych kilometrów na rowerze. Wiadomo, w której kategorii wziąłem udział. Można wygrać plecak biegowy. Szczerze powiedziawszy, to nagroda mnie tak nie motywuje, jak zajęcie któregokolwiek miejsca na podium na końcu tej rywalizacji.

Na trasie zawodów również rywalizuję z innymi. Wiadomo, raczej nie mam szans, aby wygrać z Etiopczykami lub Kenijczykami w biegu podczas igrzysk olimpijskich rozgrywanym na dystansie dziesięciu kilometrów, ba, na pewno w tego typu wydarzeniu nie wezmę aktywnego udziału. Ale tego gościa, który biegnie 25 metrów przede mną mogę łyknąć. A potem kolejnego. I jeszcze jednego. I następnego. I tak aż do mety. Tak, wiem, nie znam ich. No i co z tego? To jeden z bodźców, które wpływają na poprawę wyników i wykrzesanie resztek energii na finiszu.

Bieganie dodaje mi pewności siebie

Jak pewnie część z Was wie, choruję na wrzodziejące zapalenie jelita grubego. Ta dolegliwość potrafi być paskudna, podkopać pewność siebie i spokój nawet u buddyjskiego mnicha z klasztoru w Tybecie.

Dlatego też pragnąłem udowodnić sobie, że potrafię zrobić coś zajebistego pomimo choroby. Lubiłem biegać, więc postawiłem na maraton. Odkąd po raz pierwszy wyszedłem poczłapać (a było to w 2007 roku), 42km i 195m były dla mnie mitycznym dystansem. Takim ogromnym łaaał. Wspięciem się na wyżyny swoich możliwości: tych sportowych, jak zrealizowanie odpowiedniego planu treningowego, a także psychologicznych, o których dowiedziałem się i zacząłem zwracać na nie uwagę znacznie później.

Jeśli jesteś zdrowy, spróbuj postawić się w sytuacji osoby mającej chroniczną chorobę, która w każdym momencie może dać o sobie znać. I nie mam na myśli zwykłego pójścia do toalety. WZJG oraz choroba Leśniowskiego-Crohna (inna choroba zapalna jelit) mogą sprawić, że z dnia na dzień człowiek trafi do szpitala. W takim przypadku, cały misterny plan wziął w łeb. Życie w niepewności i niezrealizowanie celu mogą podkopać pewność siebie.

A teraz wyobraź sobie siebie (nieistotne czy zdrowego, czy chorego) w sytuacji, kiedy realizujesz swój cel. Kim jesteś? Jesteś zwycięzcą. Ręce uniesione w górę, okrzyk radości („YEEEAAAH!” lub „KURWA TAK!” – wybierz odpowiedzialnie). Jeśli jesteś mniej ekspresyjny, gdzieś tam w środku tli się płomień satysfakcji. Każdy taki sukces, mały lub duży, buduje pewność siebie.

Dla mnie sukcesem jest nawet jeden zrealizowany wymagający trening. Przykład? 9 lipca, poniedziałek. Jest ciepło. Nogi mnie nieco pobolewają. Chcę zrobić dwie serie po osiem razy 200m szybko (w najdłużej 38 sekund)/200 m truchcikiem. Zaczynając pierwszą dwusetkę, już czuję, że będzie ciężko, ponieważ nogi dają o sobie znać. Ale powalczę. Ile zrobię, tyle zrobię. Jak nie dam rady, to trudno. Długą przerwę miałem, więc może to za wysokie progi na Piotrusia nogi.

A potem mija z pół godziny i wszystko zrealizowałem. No kurde, czuję się jak gladiator w starożytnym Rzymie, który jednym ciosem powala lwa. Tak, ciosem. A nie pchnięciem miecza, pfff. Ze sprzętem leją się tylko lamusy. I ego puchnie, i zapominam, że jestem chory.

Bieganie trzyma mnie w ryzach

Łomatkoicórko, jak ja siebie nie lubię, kiedy nie biegam! Wtedy mam tyyyyyle wolnego, podczas którego nic pożytecznego nie robię, ponieważ w mojej głowie świta myśl „przecież mogę to zrobić jutro, no bo mam czas, c’nie?”.

I tu sprawdza się starocerkiewnosłowiańskie powiedzenie: im chcesz zrobić więcej, ale czasu masz dużo, to nie robisz tyle, ile byś zrobił, dysponując mniejszą ilością czasu. Dobra, brzmi to koślawo. Zatem wytłumaczę to lepiej w kolejnym akapicie.

Jeżeli mój plan dnia składa się z wielu rzeczy, które chcę wykonać po pracy (gotowanie, trening, czytanie książek, sprzątanie – ok, może to ostatnie akurat niekoniecznie), to po prostu robię, co mam do zrobienia i nie zastanawiam się zbytnio. A mając dużo miejsca w terminarzyku… Jestem rozlazły, trudno jest mi się spiąć i podnieść cztery litery.

Dzięki bieganiu, jestem po prostu ogarnięty i w miarę zdyscyplinowany. Oczywiście, nie robię wszystkiego z zegarmistrzowską precyzją. Nie muszę. Niemniej jednak, zdecydowanie lepiej i efektywniej mi się żyje, kiedy znajduję się w treningowym kieracie.

A Wy, dlaczego biegacie? Dlaczego robicie to, co robicie? Dajcie znać w komentarzach pod tekstem lub na fejsie.

Dodaj komentarz