Podsumowanie czerwca 2018 – dyscyplina na minus, zdrowie na plus

W ubiegłym miesiącu byłem przykładem, w jaki sposób nie gospodarować czasem. Nawet nie odczuwam wyrzutów sumienia z tego powodu. Najwidoczniej potrzebowałem spuszczenia ze smyczy i swobodnego dreptania bez jakichkolwiek wytycznych.

Pytanie za 10 punktów. Jakim terminem określić treningi Piotrusia w czerwcu 2018 roku?

  1. Rollercoaster
  2. Sinusoida
  3. Góra-dół-góra-dół

Cóż… W minionym miesiącu nie potrafiłem ustabilizować treningów, biegać według jakiegokolwiek długofalowego planu. Kiedy już wchodziłem w odpowiedni reżim treningowy, to zaczęły się Mistrzostwa Świata w piłce nożnej.

Największymi moimi wrogami stały się deficyt wolnego czasu spowodowany wyżej wymienionym czynnikiem oraz brakiem wystarczającej samodyscypliny, aby odpowiednio spleść ze sobą bieganie z mocno średnim piłkarsko, ale niesamowicie emocjonującym turniejem w Rosji. Przyznam, że częściej wolałem rzucać okiem na zmagania u naszych wschodnich sąsiadów niż sznurować buty biegowe cztery lub pięć razy w tygodniu. Trudno było nie obserwować mundialu, skoro jego rozstrzygnięcia są zdecydowanie bardziej ciekawe niż klepanie 10km w pierwszym zakresie. Wystarczy tylko wspomnieć, że Niemcy odpadli po fazie grupowej, a gospodarze pokonali Hiszpanów w rzutach karnych i awansowali do ćwierćfinału.

Jeśli chodzi o zawartość tego, co wcisnąłem między pracę w korpo a spotkania (i piłkarskie, i towarzyskie), to przypominała ona jednoskładnikowy posiłek posypany szczyptą pieprzu i soli. Głównie skupiałem się na spokojnych rozbieganiach, czasem dorzucając przebieżki.

Minionego miesiąca nie zamknę nawet w stu kilometrach. Z jednej strony, zrzucam to na brak czasu i determinacji, natomiast z drugiej nie chciałem powtórzyć błędu sprzed dwóch lat, kiedy to za szybko wróciłem do mocnego trenowania i podczas pierwszej bardziej intensywnej jednostki odniosłem kontuzję. W lipcu, po wstępnej czerwcowej rogrzewce, mam zamiar przyspieszyć oraz zwiększyć kilometraż. W końcu dobry wynik życiówka na 5km sama się nie zrobi 🙂

W lipcu planuję jeden start – piątka podczas Biegu Powstania Warszawskiego. Ubolewam nieco, że zawody nie odbędą się w samym centrum Warszawy, tylko zdecydowanie poza nim. Wieczorny bieg w sercu stolicy miał swój niepowtarzalny klimat. Zwłaszcza, że odbywał się w sobotę wieczorem, więc nietrudno było o kibiców wzdłuż trasy. Nawet przypadkowi przechodnie zamieniający knajpę z piwem na lokal z shotami z chęcią dopingowali biegaczy upamiętniających powstańców. Zmiana trasy nie zniechęciła mnie ostatecznie do podjęciu decyzji o udziale w tej imprezie, chociaż wahałem się.

Bieg Powstania Warszawskiego traktuję jako start C. Co to oznacza? Start A to dla mnie start docelowy, start B to próba generalna/bieg na 80-90% możliwości, a start C równie dobrze mógłbym nazwać „aaa, zobaczymy, nie nastawiam się na nic”. Ta decyzja bynajmniej nie sprawia, że nie będę walczył o przyzwoity wynik. Jednakże mogę nie być tak bohaterski jak Japończycy w starciu z Belgami. Kiedy piszę te słowa, Azjaci odprawiają z kwitkiem faworytów do strefy medalowej.

O. I miałem fajne porównanie. Bo kiedy przeprowadzam ostateczne szlify podsumowania czerwca, już wiadomo, że to jednak Belgowie weszli do ćwierćfinału. Zdołali ostatecznie wygrać dzięki bramce w ostatniej minucie doliczonego czasu gry. Wyszli z 0:2 do 3:2. NIE-SA-MO-WI-TE. I jak tu biegać nie śledzić mundialu?

Za największym pozytyw czerwca uznaję stan mojego zdrowia 🙂 Bardzo się cieszę, że moje wrzodziejące zapalenie jelita grubego coraz mniej daje o sobie znać. Leki robią swoje. Na dodatek nie odczuwam skutków ubocznych. Oby tak dalej! W lipcu wizyta kontrolna u mojej gastrolog i jestem ciekawy, czego nowego się dowiem.

Dodaj komentarz