Podsumowanie lutego i marca 2019 – złamane postanowienie, dwa starty i zdrowie pod kontrolą

Nawet nie wiem, od czego mam zacząć podsumowanie lutego i marca. Może na początku przyznam się do niedotrzymania postanowienia…

Na początku lutego oświadczyłem, że nie będę tykał alkoholu aż do startu 14-ego kwietnia w Orlen Warsaw Marathon poza jednym dniem dyspensy z okazji urodzin mojego bardzo dobrego kumpla. Wiadomo, jego kolejny rok życia świętowaliśmy zacnie, posypały się wyznania miłosne i klasyczne zaśpiewy „rararararaaa” już około godziny 22:00. NIE ŻAŁUJĘ.

Jednakże poza tym jednym występkiem przytrafiło się i kilka innych, mniej zakrapianych wyjść. Podkreślam to, aby publicznie rozliczyć się z zapowiedzi sprzed dwóch miechów.

Luty i marzec treningowo przebiegł bardzo dobrze. Szczególnie dumny jestem z 26km w docelowym tempie maratońskim. Zwłaszcza, że przez niemial połowę dystansu wiatr naciągał mi skórę na twarzy. Jeszcze „tylko” dołożyć do tego 16km i 195m i będzie cacy.

Podczas dwóch startów w tym okresie zaprezentowałem się pozytywnie. Jeden z nich zakończyłem z zaskakująco dobrym wynikiem. Mowa o 10km podczas pierwszego biegu z cyklu Grand Prix Warszawy. 16-ego lutego na dość wymagającej nawierzchni w Lesie Kabackim nabiegałem 39:07. W klasyfikacji wiekowej byłem drugi, no ale nie poszedłem za ciosem, ponieważ kolejne biegi (9-ego marca, 23-ego marca) nie wpisywały mi się w plan treningowy do maratonu. Może jesienią nadrobię.

24-ego marca miał miejsce drugi ze startów – 16. Krakowski Półmaraton Marzanny. Nabiegałem 1:23:36. Nie powiem, chciałem zrobić wiceżyciówkę (czyli poniżej 1:22:44) i znajdowała się ona w moim zasięgu przez pierwszą połowę dystansu, którą pokonałem lekko i dość przyjemnie. Niestety, potem opadłem z sił. Niemniej jednak nie jestem niezadowolony. Po biegu byłem nieźle styrany, więc dałem z siebie wiele. Na dodatek, osiągnięty rezultat rokuje pozytywnie przed maratonem, czyli najważniejszym dla mnie startem tej wiosny. Szczerze powiedziawszy, to nie mogę się go doczekać!!!

Jestem dobrej myśli na dwa tygodnie przed Orlenem. Teraz nogi mają łapać świeżość, co bym czuł się jak na sprężynach w dniu startu. Jedyne pole, gdzie mogę się jeszcze poprawić, to trening mentalny. Chcę, żeby w dniu próby (pozdro Denzel Washington) głowa zatrybiła lepiej niż u zestresowanych ludzi podczas weekendowych wyjść na miasto. Domyślam się, że w pewnym momencie na trasie może pojawić się kryzys. Mam być na niego gotowy i już.

Jak przebiegnę królewski dystans z dwójką z przodu, to będzie rewelacyjnie. Jak nie, to trudno. Świat się nie zawali. Najwyżej komuś innemu przyznają złote kalesony 😉

A, no i z moim wrzodziejącym zapaleniem jelita grubego wszystko git. Od prawie roku jestem w remisji. To jest dla mnie bardzo ważne. Gdy jelita współpracują, automatycznie w głowie wszystko układa się po mojej myśli, a wtedy jestem gotowy do zrobienia fajnych rzeczy, zamiast martwić się tym, czy w pobliżu znajduje się toaleta.

Dodaj komentarz