12. Półmaraton Warszawski – relacja

Przebiec półmaraton w damskim wdzianku, jednocześnie łamiąc barierę 1 godziny i 20 minut? Spoko, sprawdzę się. Jak mi poszło? I dobrze, i źle. Zapraszam do przeczytania relacji z 12. Półmaratonu Warszawskiego.

Jeszcze raz pragnę Wam wszystkim podziękować. To dzięki Waszemu wsparciu, Waszym datkom, udostępnieniom, polubieniom, zebraliśmy łącznie prawie 2400 złotych dla fundacji Spartanie Dzieciom, która pomaga w rehabilitacji niepełnosprawnym dzieciakom. Wielki szacun dla Was!

20170326_084915.jpg
To ich pozytywna jazda zachęciła mnie do wzięcia udziału w akcji #BiegamDobrze

No i przez Was musiałem pobiec w staniku i w spódniczce. Za to troszkę mniej dziękuję 😉

Przygotowania do 12. Półmaratonu Warszawskiego rozpocząłem minionej zimy. Postanowiłem, że ten bieg, a także dyszka podczas kwietniowego Orlenu, będą moimi biegami docelowymi w pierwszej połowie sezonu 2017. Dlaczego akurat te biegi? Lubię masowe imprezy ze świetną organizacją, ponieważ czuć wtedy niesamowitą atmosferę biegania. Te tłumy biegaczy wylewające się z tramwajów, autobusów, metra na przystankach otaczających miejsce startu… Tego nie da się opisać słowami. Zachwycam się tymi obrazkami, tak jak niektórzy z podziwem patrzą na dzieła Claude’a Moneta czy Auguste’a Renoira. Oczywiście, kolejnym argumentem za udziałem w wymienionych imprezach było miejsce ich rozgrywania. Mieszkam w Warszawie na stałe, więc daleko nie mam.

Poranek przedstartowy minął tradycyjnie: sześć kanapek z dżemem, kawa, toaleta, motywacyjna muzyka. Biegowy standard.

W miasteczku biegacza zlokalizowanym na Placu Piłsudskiego zameldowałem się na około godzinę przed startem razem z moim kolegą Lodovico. Przebraliśmy się. Lodo miał na sobie normalny strój sportowy. Ja? Niekoniecznie. Nie powiem, troszkę zimno było i podczas biegu to i owo poczuło niską temperaturę. Mamo, jeśli to czytasz, to nie, nie mogłem założyć czapki. Poza tym, na te części ciała czapek nie ma 😀

pixlr_20170327155324031.jpg
Przed i po charakteryzacji 😀 / fot. Lodovico Monoli

Następnie rozgrzaliśmy się, postaliśmy w kolejkach do toalet, oddaliśmy rzeczy do depozytu i każdy pognał w swoją strefę startową. Kiedy zdawałem worek z rzeczami, spotkała mnie bardzo miła niespodzianka. Byłem zaskoczony tym, że ktoś mnie rozpoznał z bloga 🙂 Zwłaszcza, że liczba followersów na Facebooku (jeszcze) nawet nie doszła do 300. Takie małe gesty są bardzo miłe i dodają kopa!

Na starcie stanąłem zmotywowany i gotowy do działania. Za to zdanie trenerzy personalni byliby ze mnie dumni. A, jeszcze byłem pełen energii.

I tę energię bardzo dobrze spożytkowałem na pierwszych pięciu kilometrach, które przebiegłem średnim tempem 3:47/km. Idealnie. Karolina stała i dopingowała mnie na końcu zbiegu na Belwederskiej, co dodało mi dodatkowego kopa. Biegnąc w ten sposób cały dystans, spokojnie złamałbym 1h20min.

Ale wszystko poszło tam, gdzie cały misterny plan Siary z Kilera. Na 7. kilometrze musiałem skorzystać z toitoiów umieszczonych tuż przed pierwszym punktem odżywczym zlokalizowanym w Łazienkach. Toalety w Łazienkach, chichot losu, hehe.

Kiedy już zrobiłem, co trzeba, minęła mnie grupa prowadzona na 1h25min. „No fajnie, trochę straciłem, zobaczymy, ile odrobię” – pomyślałem. I tak też wyprzedziłem wspomnianą grupę. Po 10 kilometrach miałem czas 39:35, czyli strata do 1h20min wynosiła już 105 sekund, więc biorąc pod uwagę pozostały dystans, nie było tragedii. Jednakże nie byłem w stanie na stałe dobić do tempa 3:47/km, które okazało się dla mnie zbyt wymagającee. Uzyskanie zaplanowanego czasu było nie do zrealizowania. Zatem podjąłem decyzję o biegu równym, dość komfortowym tempem oscylującym w granicach 3:55/km.

img-20170327-wa0017.jpg
Tutaj ewidentnie widać, jak starsza pani zazdrości mi stylu, szyku i gracji / fot. Karolina Cichocka

Kolejne 7-8 kilometrów byłoby dla mnie bez historii, gdyby nie to, że Karolina pojawiła się niespodziewanie na 14. kilometrze 🙂 Miało jej tam nie być, ale sprytnie przemknęła z 5. kilometra. „Dobrze, że zwolniłeś, bo nie wiem, czy bym zdążyła” – powiedziała potem. A ja jej tu pizzę, carbonarę, zegarek w kuchni przestawiam, deskę opuszczam… 😉

Na 18. kilometrze obliczyłem, ile mniej więcej potrzebuję, aby pobić swoją życiówkę (1:22:58) ustanowioną rok temu podczas 11. Półmaratonu Warszawskiego. Biegłem na granicy tego wyniku. „Jest dobrze, na finiszu dokręcę” – stwierdziłem.

Wiecie, co lubię w bieganiu? Zaleci wyświechtanym frazesem, ale ten sport łączy ludzi. Głównym sponsorem biegu był Adidas, lecz ich największy konkurent, Nike też miał swoich ludzi dopingujących biegaczy na trasie, a dokładnie na końcu Mostu Gdańskiego. Tak, zdaję sobie sprawę z tego, że to mogło być działanie czysto marketingowe, ale jednak w tym przypadku wierzę w dobre intencje kibicujących osób, biorąc pod uwagę, ile treningi Nike Running Club i wsparcie trenerów dają wielu zawodnikom.

Mnie podbudowali frazą „Dajesz Piotrek, dobrze wyglądasz!”. I nie wiem, czy chodziło im o to, że sprawnie przebiegam nogami, utrzymując poprawną postawę, a na twarzy próżno szukać grymasu Weltschmerzu, czy o mój strój 😀

Ostatnie trzy kilometry pokonałem bardziej głową niż nogami. Kiedy wbiegałem na ostatnią prostą i zobaczyłem zegar odmierzający czas, wystrzeliłem jak z procy. Chyba nawet usłyszałem chłopaka mojej siostry dopingującego mnie. Po prostu gnałem jak złodziej uciekający przed policją, żeby tylko ustrzelić życiówkę. Nawet o sekundę. Kwestia przyzwoitości, honoru, ambicji, dumy i innych podobnych rzeczy.

Czas netto: 1:22:44. Rekord życiowy poprawiony o 14 sekund. 242. miejsce na 12180 biegaczy i biegaczek, 231. miejsce na 8917 mężczyzn.

img-20170327-wa0018.jpg
Mina typu „eeeee, dupy nie urywa” / fot. Karolina Cichocka

Byłem trochę zawiedziony tym, że nie wykręciłem planowanego rezultatu, ale już mi przeszło. Jestem szczęśliwy. Bo w końcu ustanowiłem swój nowy rekord, a także pomogłem niepełnosprawnym dzieciom.

Na razie nie chcę poważnie ścigać się na dystansach dłuższych niż 10 kilometrów, co nie oznacza, że nie będe w nich brał udziału. Ale przede wszystkim chcę skupić się na szybkości i poprawie wytrzymałości tempowej, aby bieg 3:47/km, a także powrót do tego tempa po wybiciu z rytmu, nie sprawiał kłopotów na dłuższą metę.

Nie zganiam braku wyniku poniżej 1h20min na niesprzyjający wiatr, mój kostium (o dziwo nie przeszkadzał w ogóle), czy też nieplanowaną wizytę w toalecie. Po prostu nie byłem odpowiednio przygotowany. Skoro po chwilowej przerwie nie jestem w stanie na stałe wejść na założone tempo, to z formą coś nie gra, a nie z okolicznościami. Wolę szukać winy w sobie, a nie w otoczeniu. Biorę to na siebie jak w „1 z 10”. Szybko już przetrawiłem tę zwycięską porażkę i jestem zdeterminowany, aby dać z siebie wszystko 23 kwietnia na dyszkę na Orlenie!

Relację z biegu kończę tradycyjnie podziękowaniami. Dziękuję Rodzinie, Dziewczynie, Kilku Dobrym Ziomkom i Ziomalkom (specjalne wyróżnienie dla Dagmary Księżnej i Agaty Komudy – to one skompletowały moje wdzianko!), RadomSport.pl Running Team, a także wszystkim dopingującym osobom na trasie i wolontariuszom! Wielki szacun dla Was!

0 Replies to “12. Półmaraton Warszawski – relacja”

  1. Gratuluję życiówki i nadgonienia straty. Zdziwiłem się, że zobaczyłem Cię w grupie biegnącej za 1:25. To już rozumiem skąd wyskoczyłeś 😉 Nota bene to już chyba drugi incydent toaletowy w niedawnym czasie na zawodach? Pamiętam, jak pisałeś że na Biegu Chomiczówki, też pobiegłbyś lepiej gdyby nie zaniedbana toaleta 😉 Czyżby akty autodywersji?

    1. Haha, może, taki mały autosabotaż. Ale spoko, wszystko jest na dobrej drodze do pełni sprawności 😉

Dodaj komentarz