Terapia

Kiedy duszę w sobie emocje, nie czuję się z tym dobrze. O co mi chodzi?

Niedzielny wieczór, w tle leci Skalpel, jazz wysokich lotów… Cudna i niczym nieskrępowana atmosfera roztacza się po warszawskim Gocławiu, deszcz miarowo uderza w metalowy parapet wystukując swe nienachalne staccato…

Dobra, a teraz wracamy do mojego stylu pisania. Dawno nic nie szrajbnąłem, lecz nie straciłem pewnych cech.

KęKę, raper z Radomia (mojego rodzinnego miasta), w jednym z kawałków nawinął „ten numer to moja terapia”. W ten sam sposób traktuję wpis, który właśnie czytasz. Zaznaczam, że ciężar mojego tekstu w porównaniu z jego numerem jest dość śmieszny. Niemniej jednak chcę coś z siebie wypluć.

Wkurwiłem się sam na siebie. W połowie grudnia rozpocząłem przygotowania do maratonu, o ile podczas długich wybiegań w tempie 5:00-5:15/km czuję się bardzo dobrze, jednakże nieco gorzej niż po zjedzeniu pizzy na cienkim cieście w dobrej włoskiej restauracji, to bieganie na wyższych obrotach jest dla mnie męczarnią.

Zdałem sobie sprawę z miejsca, w jakim obecnie się znalazłem. Jeszcze nigdy w styczniu nie byłem w tak złej formie jak obecnie. Tak, wiem, sprawdzian czeka mnie 14 kwietnia podczas Orlen Warsaw Marathon. No ale no kurde no proszę cię Piotrek, trzy lata temu podczas przygotowań do twojego jedynego jak dotąd biegu na królewskim dystansie wyglądałeś zdecydowanie lepiej o tej porze roku. Masz trzy lata więcej doświadczenia oraz pokonanych kilometrów, a tu bida z nędzą.

Z jednej strony mierna forma może być wynikiem słabych wyników krwi (czerwone krwinki poniżej normy), a te zapewne spowodowane są przyjmowanymi lekami, jednakże jako swój najsurowszy sędzionauczyciel (taki co zalicza przedmiot od 90% wyrytego na blachę materiału) nie jestem zadowolony. Tak, to też wiem, choruję na wrzodziejące zapalenie jelita grubego i niektóre zdrowe osoby nie biegają tak szybko co ja, ale nie wyznaczam swoich celów porównując się do innych. Mnie nie satysfakcjonuje przebiegnięty maraton na zaliczenie. Chcę znowu zejść poniżej trzech godzin. A najlepiej pobić życiówkę (2:58:59).

Aby to osiągnąć, mam zamiar dać odpocząć swoim nogom w tym tygodniu, ponieważ zmęczenie się zbytnio nawarstwiło. A potem śmigam ostatnie 12 tygodni planu z Magazynu Bieganie (KLIK!). Na dodatek, wyciągnałem wszystkie numery z ostatnich czterech lat. Chcę je przejrzeć pod kątem artykułów przydatnych do maratonu (trening, regeneracja, dieta, cokolwiek) i wchłonąć fachową wiedzę. Wdrożona w życie – zaprocentuje.

Trzy miesiące przed biegiem sezonu nie wiem, czy osiągnę zamierzony cel, nawet jeśli pozostałe tygodnie przygotowań przebiegną wyśmienicie. Do poprawy pozostaje jeszcze głowa. Mam wrażenie, że za szybko wymiękam na konkretnych prędkościach. Materiały do pracy na sobą posiadam (KLIK!). Teraz tylko ćwiczyć.

Zamierzam też przestać pić alkohol nawet w minimalnych ilościach. No ale jeden z najlepszych koleżków ma urodziny na początku lutego, więc chyba dam sobie wtedy dyspensę na tej jeden wieczór 😀

Wszystko w moich rękach. Czy dzięki pieczałowitemu przygotowaniu przebiegnę 42,195km w czasie lepszym niż moja życiówka? Dystans długi, kryzys czai się co kilka kilometrów. Jednakże odpowiednim przygotowaniem fizycznym i mentalnym można zminimalizować jego szanse na pojawienie się. A jak już się na niego nadzieję, to skutki mogę zmniejszyć. Czyli zamiast przebierać szkitkami wolno jak przy wpadnięciu w bagno po pas, będę brodził w płytkich kałużach, co na końcowy wynik będzie miało minimalny wpływ 😉

Dodaj komentarz