Liczą się umiar i luz – podsumowanie kwietnia 2017

Jeden start, jeden zadowalający wynik, który nie był życiówką. Co dalej? Zapraszam do podsumowania ubiegłego miesiąca.

Dlaczego zdjęcie morza ilustruje ten wpis na stronie głównej? Bo łapię luz, kiedy na nie patrzę. Morze, horyzont, te kolory kojarzą mi się ze spokojem.

Ale przejdźmy do meritum.

Rzadko kiedy zdarza się, abym był zadowolony na zawodach ze swojego wyniku, który jest poniżej mojej życiówki. Zwłaszcza, że okres startowy w pełni. A tak było po Biegu Oshee (relacja tutaj) towarzyszącemu Orlen Warsaw Marathon. 37:53 – rezultat o 10 sekund gorszy od mojego najlepszego wyniku na 10 kilometrów. Dlaczego jestem z niego ukontentowany jak miś ze słoika miodku, choć dwa miesiące przed wspomnianym startem osiągnąłem 37:47?

Powodów jest kilka. Jestem zadowolony z 37:53, ponieważ… spartoliłem przygotowania siłowe minionej zimy, co przełożyło się na moje osiągi na drugiej połowie dystansu Biegu Oshee, która była pod wiatr. Trudno konkretnie pobić życiówkę, kiedy nie jest się do tego gotowym fizycznie. Równie dobrze mógłbym liczyć na sukcesy w pływaniu synchronicznym, kiedy zwykła żabka wychodzi mi koślawo, a prędzej się utopię niż przepłynę 50 metrów kraulem.

IMG_20170414_175323_752
Kwiecień, dzień dłuższy, wreszcie mogę pobiegać podczas zachodów słońca 🙂

Kolejnym istotnym argumentem, dzięki któremu jestem ustatysfakcjonowany, jest perfekcyjnie przeprowadzony dialog wewnętrzny podczas tych zawodów. Sami wiecie, jak to jest, kiedy biegnie się dłużej niż pół godziny. Ba, czasem nawet po pięciu minutach już się odechciewa. W głowie pojawiają się teksty typu „po co mi to”, „ale bym pospał”, „oszamałby pizzunię”, „na cholerę tak szybko biec”. Tutaj cisnąłem, aż miło. Nie miałem ani jednej chwili załamania. Kiedy zdałem sobie sprawę, że z życiówki nici, biegłem dalej w przyzwoitym tempie.

Jako ostatni, w zasadzie najmniej kluczowy, element wymienię wywrotkę niedługo po starcie. Hehe. Bywa.

Jakie mam dalsze plany? Przede wszystkim POĆWICZYĆ. Mam na myśli zarówno ćwiczenia ogólnorozwojowe na całe ciało (różnego rodzaju deski, spięcia itp. itd.), a także ćwiczenia siłowe na nogi (skipy, wykroki, cotammidogłowyprzyjdzie).

I byle do 3 czerwca, kiedy to wystartuję w Biegu Ursynowa na 5 kilometrów. Liczę po prostu na dobry czas. Złamanie życiówki wynoszącej 17:45 byłoby jak najbardziej na propsie 🙂 Ale zbytnio się nie nastawiam.

Nie zrozumcie mnie źle. Chcę ciągle poprawiać swoje czasy, ale z drugiej strony podczas startów wolę być wyluzowany i bawić się. Zupełnie jak Usain Bolt. Widzieliście jego show przed każdym biegiem? Najszybszy człowiek na ziemi pręży się do kamer, macha do widzów, uśmiecha się od ucha do ucha, w ogóle sprawia wrażenie jakby cała otoczka była ważniejsza niż sam bieg, a słowo „koncentracja” jest wymazane z jego słownika. A potem bije rekord świata na 100 metrów. Takie podejście wpływa na mnie zdecydowanie lepiej niż ciągłe myślenie o zawodach.

Nie oznacza to jednak, że w ogóle nie rozgrywam i nie będę rozgrywał sobie biegów w głowie. Umiar i luz – to słowo-klucz w tym przypadku 🙂 Musiałem do tego dojść metodą prób i błędów. Chyba innej nie ma, jeżeli chodzi o bieganie. Trzeba sprawdzić na sobie każdy ze sposobów na osiągnięcie sukcesu i wybrać ten optymalny. Ile osób, tyle dróg.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.