XXXIV Bieg Chomiczówki – relacja

Po raz pierwszy w życiu zdecydowałem się na start treningowy. Połowa stycznia, 15km, spoko. Pomyślałem, że będzie to dobry sprawdzian formy przed 12. Półmaratonem Warszawskim, który odbędzie się 26 marca. Jak wyszło?

Tak sobie. Nie jestem w pełni usatysfakcjonowany, chociaż osiągnąłem zakładany cel w postaci zmieszczenia się w godzinie. Ale zanim dojdę do wniosków, zapraszam do przeczytania, jak wyglądał mój poranek 15-ego stycznia, przygotowania przedstartowe, a także sam bieg.

O godz. 7:00 zwlekłem się z łóżka. Zjadłem swoje tradycyjne śniadanie: sześć kanapek z dżemem, które przepiłem kawą. Trochę pozwiedzałem zakamarki internetu, posłuchałem muzyki, ale w sumie nie byłem walecznie nastrojony na ten bieg.

Dopiero po spakowaniu się i wyjściu z domu poczułem przypływ pozytywnej energii. Opadła ona po około 20 minutach jazdy autobusem. Z Gocławia na Chomiczówkę mam około godzinę drogi komunikacją miejską, więc większość tej drogi była bezpłciowa i mdła jak awokado lub też nieprzyprawiona pierś z kurczaka.

Na miejscu przeprowadziłem tradycyjne rytuały przedstartowe: kibelek epizod I, przebranie się, kibelek epizod II, rozgrzewka. Potem udałem się na linię startu. Nie wiem, czy to z nerwów, czy rzeczywiście miałem taką potrzebę, ale na kilka minut przed startem chciałem raz jeszcze skorzystać z toalety. Jednak postanowiłem, że będę twardy i dam radę. Zwłaszcza, że rozchodziło się o mniejszą z potrzeb 😉

TO BYŁ BŁĄD.

Śpię i biegnę / fot. Karolina Cichocka

Przez pierwsze 11km czułem się niekomfortowo. Do mniejszego problemu, doszedł niestety również ten większy. Zatem przez pierwsze 40-45 minut biegu myślałem (prawie) tylko o tym, czy skorzystać z toalety, czy nie. Na szczęście kryzys gastryczny nie był tak uciążliwy, abym musiał się zatrzymać na trasie i pójść w krzaki. Nieugięcie, niczym drewniana linijka w sali od matematyki, dotrwałem do końca.

Chociaż łatwo nie było. W głowie byłem spięty. Nie tylko z powodów toaletowych. Do nich doszły kłopoty z pewnością siebie i wiarą w swoją formę. Sądzę, że drugie wynikały z pierwszych. I tak przez 2/3 dystansu.

Pewnie część z Was spyta, dlaczego spowiadam się ze śmierdzących kłopotów publicznie. Niemalże każdy, kto regularnie biega przez dłuższy czas, zdążył się z nimi zetknąć. Czy to na zawodach, czy to podczas treningów. W naszym środowisku biegowym jest to normalna sprawa jak przerobienie jakiegokolwiek zdjęcia Andrzeja Dudy na mem. Jak to powiedział Forrest Gump: shit happens (i to dosłownie).

Drugim etapem mojego biegu, były końcowe 4 kilometry. Wtedy to na playlistę wjechał między innymi Goran Bregović i jego nieśmiertelny „Kalashnikov”. Co prawda nie czułem się, jakby z moich nóg miała wystrzeliwać moc seriami jak ze wspomnianego AK-47, ale psychicznie już odetchnąłem. Z balonu wypełnionego stresem uszło powietrze. Zrobiło mi się po prostu lepiej, banan pojawił się na twarzy i już wiedziałem, że osiągnę swój cel.

Biegłem szczęśliwy już do końca. Na metę wpadłem z czasem 59:16 (ostatni kilometr pocisnąłem w 3:36), co dało mi 99. miejsce wśród ponad tysiąca biegaczy. Fajnie 🙂

Szybko też zacząłem podsumowywać ten bieg i wyciągać z niego wnioski na przyszłość.

Nagroda za wysiłek

Kurwa, naprawdę nie wiem, czemu złapała mnie tak duża spina, skoro ten start miał być tylko wyznacznikiem obecnej formy. W ogóle nie jestem zadowolony ze stanu mojej psychy podczas zawodów. Muszę zdecydowanie poprawić ten element. Najlepiej w warunkach startowych. Dlatego też rozważam, aby stanąć jeszcze raz na starcie jakiegoś biegu, zanim przyjdzie mi łamać 1h20min podczas 12. Półmaratonu Warszawskiego. Zastanawiam się nad 10km 26-ego lutego podczas Biegu Tropem Wilczym w Warszawie.

Kolejnym minusem mojego niedzielnego występu jest tempo. 15km w 3:58/km. Prawie rok temu pokonałem półmaraton w tempie 3:55/km. Ja wiem, że trasa do najłatwiejszych nie należała (duuużo zakrętów), ja wiem, że temperatura była minusowa, ja wiem, że to dopiero styczeń i prawdziwa forma jest kuta na wiosnę. Ale mimo wyżej wymienionych powodów, nie jestem w pełni usatysfakcjonowany, chociaż sam zakładałem tylko złamanie godziny.

Z jednej strony cieszę się, że pokonałem kryzys psychologiczny i na mecie zameldowałem się z piątką z przodu. Niemniej jednak nie chcę, żeby tego typu problemy psuły mi bieg. Chociaż teraz się zastanawiam, co jest większym sukcesem: biec od startu do mety na pewniaka i zrealizować założenia, czy uczynić to, mając kryzys przez większość trasy. Myślę, że to drugie. Ufff, chyba nie było dupnie 🙂

Mimo braku tego, o czym śpiewał Mick Jagger, niedzielny start zaliczam do wartościowych. Dlaczego? Bo dostałem informację zwrotną na temat elementów, które muszę poprawić, aby pokonać półmaraton w mniej niż 1h20min: przede wszystkim psychika.

Spodobał Ci się post? Cieszy mnie to bardzo! Chcesz być na bieżąco? Polajkuj profil Obiegówki na Facebooku. KLIK.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.