28. Bieg Niepodległości – relacja

Najzwyczajniej w świecie nie chciało mi się biec. Byłem już zmęczony psychicznie całym sezonem i treningami. Na starcie 28. Biegu Niepodległości w Warszawie stanąłem z myślą, żeby odbębnić co trzeba. I wykręciłem życiówkę.

Kiedy sprawdziłem prognozę pogody na kilka dni przed startem, błyskawicznie doszedłem do wniosku, że złamanie 37 minut nie będzie możliwe. Na 11 listopada przewidywano słabe opady śniegu oraz mróz. Dzięki Zubilewicz, dzięki Kret, zawsze mogę na Was liczyć.

Jak widać na obrazku, było chłodno, folie przydały się

W Dzień Niepodległości wstałem o 7.30 i podszedłem od razu do okna sprawdzić, jak wygląda sytuacja. A nóż widelec wyżej wymienieni panowie kłamali, testując moje nerwy. Nic z tego. Widzę śnieg na ziemi. Niewielka warstwa, ale jednak. „Dobra, spoko, jak nie osiągnę świetnego czasu, to przynajmniej będę wiedział z jakiego powodu” – pomyślałem.

Następnie zabrałem się za poranne rytuały. Na śniadanie tradycyjnie sześć kanapek z dżemem, wizyta w toalecie, mycie ząbków itp. itd. Spakowałem się, upewniłem się, że wszystko mam i ruszyłem do CH Arkadia, gdzie czekał na mnie Lodovico – kolega z pracy. Na miejscu byłem ponad godzinę przed wystrzałem startera, więc miałem wystarczająco dużo czasu, aby przebrać się, udać się tam, gdzie król samotnie rozmyśla nad swoim królestwem (uniknąłem dłuuugich kolejek, brawo Piotrek!), a potem rozgrzać się.

O 11:00 każdy z nas poszedł do swojej strefy startowej. Lodo, podobnie jak ja, chciał biec na życiówkę (dotychczasowa 50:35). I zrobił to. Pomimo bolącego kolana na treningach, pomimo kilku dni urlopu od pracy i od biegania, ten Gość wykręcił 47:50. Szanuję to bardzo mocno.

Na niecałą godzinę przed startem, jeszcze lekko zdezorientowani (spokojnie, ten wąs już nie istnieje)

A co z moim biegiem?

Hymn Polski, odliczanie i bang – ruszyłem razem z kilkunastotysięcznym tłumem. W głowie siedziała mi myśl, że nie dam rady zejść poniżej 37 minut. Gdzie tam Piotrek, co się będziesz męczył i zarzynał. Najzwyczajniej w świecie nie wierzyłem w to. Twierdziłem (i w zasadzie cały czas jestem tego samego zdania), że nie byłem przygotowany na pokonanie bariery 37 minut. Więc biegłem na złamanie 38 minut, a jeśli sił starczy na lepszy wynik, to ugram tyle, ile będę w stanie.

Pierwszy kilometr tradycyjnie był najwolniejszy w moim wykonaniu z tego samego co zwykle powodu: musiałem przeciskać się przez biegaczy, aby wyjść na pozycję i rozpocząć dość swobodny bieg. Po 1/4 dystansu byłem 342. Po kolejnych dwóch i pół kilometra awansowałem na 224. lokatę i miałem tylko dwie sekundy straty (było 19:01) do planowanego wyniku na półmetku (miało być 18:59).

W tamtym momencie nie czułem mocy. Miałem wrażenie, że biegnie mi się średnio, ani swobodnie, ani ciężko. Nie chciałem przeszarżować, zatem postanowiłem trzymać się założonych ustaleń. Skoro w miarę utrzymywałem zakładane tempo, nie chciałem szarpać do przodu. Wolałem biec według ustaleń i urwać kilka sekund na finiszu niż stracić energię w połowie drogi i bez energii wbiec na metę z niezadowalającym mnie czasem.

3/4 drogi za mną, na zegarku 28:39 i 200. miejsce. Fajnie. Oby tak dalej. Ciągle wyprzedzam, tempo trzymam, choćby skały srały i na drodze pojawił się smok ziejący ogniem, zrobię to i ustanowię nowy rekord życiowy na 10km!

Dumny i blady 😀

Tak jak planowałem, finiszowałem na ostatnim kilometrze, który pokonałem najszybciej ze wszystkich – 3:26. Dość szybki finisz nie przeszkodził mi zasalutowaniu koleżance (pozdrawiam Kasia!), która stała na mecie w mundurze wojskowym razem ze swoją Grupą Historyczną „Zgrupowanie Radosław”, aby ubarwić bieg i nadać mu odpowiednią patriotyczną oprawę. Po koleżeńsku zasalutowałem jej. A potem się skapnąłem, że powinienem był to zrobić prawą ręką. Cóż, emocje, wysiłek… 😉

Byłem tak styrany, że po wbiegnięciu na metę czym prędzej szukałem czegokolwiek, o co mogłem się oprzeć. Cieszyłem się z wyniku, oczywiście, ale pozostał mi pewien nieracjonalny niedosyt. Człowieku, poprawiłeś swoją życiówkę o 61 sekund i jeszcze Ci źle?!

Taki oto medal otrzymał każdy z uczestników 28. Biegu Niepodległości w Warszawie

Metę pokonałem z czasem netto 37:43, co mi dało ostatecznie 169. pozycję na 12031 osób w klasyfikacji open. W swojej kategorii wiekowej byłem 67. Jest się z czego cieszyć. Sezon zakończyłem bardzo dobrze.

Dziękuję Rodzinie za nieocenione wsparcie, Dziewczynie za wyczekiwanie mnie na mecie, RadomSport.pl Running Team za wsparcie techniczne oraz Kilku Dobrym Ziomkom za to, że są. Piona dla Was wszystkich!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.