Życiówka za życiówką – podsumowanie sezonu 2016, cz. I

Tak tak taaak! W końcu mam ten sezon za sobą. Niezmiernie cieszę się z tego powodu, choć biorąc pod uwagę wyniki, jakie osiągałem, chciałbym, aby się ciągnął w nieskończoność.

W minionym (już) sezonie zaliczyłem zaledwie cztery starty. Ale za to jakie!

  • 11. Półmaraton Warszawski (03.04.2016) – 1:22:58 – poprawa z 1:36:32 (III Półmaraton Radomskiego Czerwca, 21.06.2015)
  • Orlen Warsaw Marathon 2016 (24.04.2016) – 2:58:59 – debiut w maratonie
  • Bieg na Piątkę 2016 (25.09.2016) – 17:45 – poprawa z 18:44 (Bieg na Piątkę 2015, 27.09.2016)
  • XXVIII Bieg Niepodległości (11.11.2016) – 37:43 – poprawa z 38:44 (XXVII Bieg Niepodległości, 11.11.2015)

Postawiłem na jakość, a nie na ilość. Głównymi startami był maraton oraz jesienna dyszka. To do nich się przygotowywałem, pozostałe wyniki osiągnąłem „przy okazji”.

Sezon 2016 rozpocząłem już pod koniec 2015 roku. Przed świętami Bożego Narodzenia rozpocząłem 18-tygodniowy plan treningowy z książki „Maraton zaawansowany” Pete’a Pfitzingera i Scoutta Douglasa, który miał mi pomóc w pokonaniu 42km i 195m w niecałe trzy godziny.

I pomógł.

Niesamowicie cieszy mnie to, że zadebiutowałem w maratonie z czasem poniżej trzech godzin, chociaż łatwo nie było. 18 tygodni przygotowań, dieta, która odbiegała od tej w pełni zdrowej, kłopoty żołądkowe na trasie i podczas treningów – swoje odcierpiałem, ale nie żałuję w ogóle. Satysfakcji ze złamania trzech godzin podczas swojego pierwszego biegu na królewskim dystansie nie da się z NICZYM porównać.

73645-mor16-2289-42-000101-mor16_01_mwd_20160424_114430
YEEEAAAH! To był TEN moment 🙂 / fot. FotoMaraton.pl

Już nawet nie pamiętam, co dokładnie czułem po wbiegnięciu na metę. Na pewno była to ogromna radość. Najbardziej na mecie zapamiętam jednak łzy dające upust wszelkim emocjom: wyrażające ogromną ulgę, nieopisane szczęście oraz coś w stylu „kurwa, zrobiłem to, chociaż łatwo nie było, jestem nie do zdarcia”. Ta, nie do zdarcia, a beczy jak niemowlak szukający smoczka 😉

Ani razu podczas przygotowań do maratonu nie przekroczyłem stu przebiegniętych kilometrów tygodniowo. Ich liczba oscylowała pomiędzy 80 a 90. Tyle wystarczyło. Dodało mi to wiary w siebie. Że wcale nie trzeba nie wiadomo ile kilometrów klepać w tygodniu, aby osiągnąć naprawdę satysfakcjonujący wynik. Że jednak ten talent, który bez pracy jest niczym, do biegów mam, chociaż w podstawówce przebiegałem jeden kilometr w ponad pięć minut. Teraz w tym tempie robię regeneracyjne biegi oraz długie wybiegania.

13116139_10205173692776672_1863165280288638085_o
Na około 6.-8.km trasy maratońskiej jeszcze miałem siłę na pozowanie. Tutaj tak zwany podwójny czajniczek / fot. FotoMaraton.pl

W sumie dzięki planu treningowemu z wyżej wymienionej książki pokonałem półmaraton w 1:22:58. To był start, który najmocniej dał mi się we znaki. Dwa dni po nim jeszcze kulałem, no i najprawdopodobniej wtedy rozwaliłem buty, w których trenowałem całą zimę do maratonu. Najprawdopodobniej, ponieważ po tym biegu skapnąłem się, że powstała dziura w cholewce. Zatem na szybkości musiałem kupić nową parę. Postawiłem na Brooks Launch 2, z których jestem zadowolony.

Obok całkiem solidnego wyniku w półmaratonie, książka „Maraton zaawansowany” pozwoliła mi ustanowić nieoficjalną (bo na treningu), naówczas, życiówkę na 10km – 38:26.

Po maratonie przyszedł czas na zasłużony odpoczynek i urlop, a także na… nieoczekiwaną dwumiesięczną przerwę od biegania, po której nastąpiła owocna jesień. Więcej w części II, która pojawi się na blogu już poniedziałek 🙂

Spodobał Ci się wpis? Polub profil Obiegówki na facebooku i bądź na bieżąco!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.