Nigdy nie wiesz, czyli jak zajarałem się muzyką grime

Wiecie, jak to jest, kiedy nagle puścicie sobie jakiegoś wcześniej nieznanego artystę i doznacie olśnienia? Głowa rusza się tak energicznie, że za chwilę oderwie się od karku, noga tupta rytmicznie jak maszerujący żołnierze podczas defilady. A przy okazji poznajecie i zakochujecie się w nowym, dla Was, rodzaju muzyki.

Ostatni raz miałem tak chyba w gimnazjum, czyli kilkanaście lat temu. Dziewiczy wąs sypnął się pod nosem, cotygodniowe golenie było rytuałem porównywalnym z niedzielną mszą świętą. W łazience brakowało tylko ministrantów, którzy służyliby mi tak jak księdzu: jeden podawałby maszynkę, drugi piankę, trzeci gorący ręcznik.

W tamtym okresie zapałałem miłością do rapu.

To były czasy, kiedy nikt nawet nie myślał o serwisach streamingowych. No dobra, możemy zaliczyć do takowych Youtube’a, lecz był on jeszcze w powijakach. Na początku lat dwutysięcznych prędkość internetu była tak żenująca, że aby obejrzeć kilkuminutowy teledysk online bez przerywania sobie tej przyjemności, trzeba było poczekaż, aż się trochę załaduje, chociaż jego jakość i tak była mizerna. Upierdliwy zabieg. Teraz net w telefonach śmiga szybciej niż ówczesna Neostrada (kto nie miał?). O wi-fi nawet nikt nie marzył.

Jak już wspomniałem, Spotify i Tidala nie było jeszcze w planach, zatem dostęp do muzyki był dość ograniczony. Tylko DC++, ewentualnie Kazaa lub eMule, potrafiły przyjść z pomocą. Ktoś w ogóle pamięta ten programy?

Dziś jesteśmy zasypywani przez lawiny muzyki. Jeśli się odpowiednio poszpera, na serwisach streamingowych można znaleźć prawdziwe klejnoty Nilu. Mój bardzo dobry przyjaciel ma w zwyczaju w każdy piątek sprawdzać to, co jest wrzucane w nowości w kategorii „hip-hop/rap” na Tidalu i czasem mnie uraczy czymś ciekawym.

W miniony piątek polecił mi kolesia o ksywce Wiley. Przesłuchałem jego całą płytę pod tytułem „Godfather”. I zacząłem grzebać coraz głębiej. W taki sposób zakochałem się w muzyce grime, która od rapu się nie wywodzi, chociaż sposób nawijania artystów sugeruje zupełnie coś przeciwnego. Ten gatunek powstał w Londynie, jest pochodną dubstepu, drum’n’bassu, UK garage.

Od razu zaznaczam, że w mgnieniu oka nie stałem się polskim profesorem grime’u. Za to na pewno jestem już fanem. Ciągle poszukuję nowych artystów, próbuję znaleźć coś dla mnie, coś świeżego, coś, co mnie zachwyci.

I tak też wróciłem do Dizzeego Rascala (poznałem go w liceum za sprawą tego samego ziomka, który podesłał mi Wileya), zajarałem się JME, sprawdziłem Flowdana. Cieszę się jak dziecko posiadające w swojej kolekcji nowego tazosa z wizerunkiem ulubionego pokemona lub bardzo rzadką furę z gum turbo.

Jaki jest cel tego wpisu? Chcę Wam przekazać, że nigdy nie wiecie, kiedy coś zacznie Was ekscytować. Nieistotne, co to jest. Rodzaj muzyki, gatunek filmu, dyscyplina sportu, cokolwiek. Czasem po prostu dostajemy takie strzały, że nie potrafimy usiedzieć spokojnie w miejscu i dajemy ponieść się flow.

Najfajniejszy w tym szaleńczym podnieceniu jest brak logiki. Trudno jest sensownie odpowiedzieć, dlaczego dana rzecz lub czynność nam się spodobały. Młody Jaś pokochał piłkę nożną, kiedy ojciec wziął go na mecz w młodym wieku. Ok, fajnie, ale dlaczego akurat 22-óch spoconych facetów uganiających się za jedną szmacianką po nierównym bladozielonym boisku sprawiło, że ktoś zaczął się tym pasjonować? To się po prostu stało i już.

Nigdy nie jest za późno na odkrywanie swoich pasji 🙂 Bądźmy jak te Jasie, jak dzieci. Bawmy się i cieszmy się żywiołowo.

Zdjęcie główne jest okładką albumu „Godfather” Wileya.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.