27. Bieg Powstania Warszawskiego – relacja

Czasem są takie starty, kiedy wszystko wychodzi od początku do końca, chociaż wynik jest daleki od życiówki. Niemniej jednak, satysfakcja i zadowolenie z siebie osiągają maksymalny poziom, a banan na twarzy nie schodzi przez wiele godzin po zawodach. Taki właśnie dla mnie był 27. Bieg Powstania Warszawskiego!

Jako, że treningi wznowiłem zaledwie sześć tygodni temu, postanowiłem wystartować na krótszym z możliwych dystansów – 5km – zamiast na 10km. To był strzał, hmm, w dziesiątkę 😉

20170729_191542_Richtone(HDR)
Bieg Powstania Warszawskiego ma niesamowitą oprawę

W miasteczku biegaczy pojawiłem się wystarczająco wcześnie, aby zdążyć ze wszystkim (rozgrzewka, toaleta, zdanie tobołka do depozytu). Jednakże w ostatniej chwili skapnąłem się, że powinienem przejść troszkę bliżej w stronę linii startu. Stałem w złej strefie. Cóż, zdarza się. Piotruś to tuż za Etiopczykami, ale żadnego nie wypatrzył, więc czuł się pogubiony 😀

Dodam, że kiedy starter odliczał od dziesięciu, to jeszcze wpinałem słuchawki w gniazdo mojego smartfona. Ale co tam. Ważne że wyrobiłem się i tradycyjnie jako pierwsze poleciało The Prodigy „Invaders Must Die”. Można było cisnąć. Nie jestem przesądny, chociaż ten kawałek zawsze znajduje się na pierwszym miejscu na mojej playliście podczas zawodów. Nie Piotrek, nie jesteś przesądny.

Od samego początku biegłem z uśmiechem na twarzy. Przyczyniło się do tego wiele elementów:

  • dobre samopoczucie;
  • dostałem wyrąbiste (szczerze powiedziawszy, nie znajduję słowa, aby je określić) wsparcie od koleżanki, dzięki Ola raz jeszcze!;
  • wieczorem lepiej mi się biega niż rano.

2+2+2 daje 6, więc nie mogło być źle. Bieg niby na piątkę, ale jednak na szóstkę. Było doskonale!

Na trasie czułem się wspaniale. Przybijałem piątki z widzami, kurtynę wodną na półmetku pokonałem z rozłożonymi ramionami, jakbym oczekiwał na błogosławieństwo od papieża, pozowałem do zdjęć. Czerpałem niesamowitą radochę z tego biegu. Zero spiny o wynik.

20170729_213128_Richtone(HDR)
Cudownie biega się w takiej scenerii

Niektórzy sportowcy mówią, że podczas zawodów wpadają w trans. Jest tylko rywalizacja i nic innego poza nią się nie liczy. Umysł czysty jakby Zygmunt Hajzer z ekipą wpadli zrobić pranie. Sądzę, że w sobotę wieczorem przechodziłem coś podobnego 🙂 Zajebiste uczucie.

Nawet podbieg na ulicy Sanguszki tuż przed metą nie był taki straszny, jak sobie wyobrażałem. Pokonałem go bez problemu z kawałkiem Jaya-Z i Linkin Park „Jigga What/Faint” w słuchawkach, mhm (polecam ten utwór, szczególnie na końcówkę jakiejkolwiek trasy). Tylko na tyle cię stać, płaska górko? Pfff…

Następnie mocno finiszowałem razem z dwoma zawodnikami, którzy biegli przede mną. Panowie, ja przepraszam, że nie podziękowałem po biegu za rywalizację na ostatnich metrach. Wiecie, prosty chłopaczyna z Radomia jestem. Brak kultury, swołocz, grubiaństwo i drobnomieszczaństwo. Na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć tylko, że byłem niesamowicie podjarany swoim występem. Po przekroczeniu mety w głowie miałem jedno wielkie „YEEEAAAH YEAH YEAH YEAH YEAH”. No i krzyczałem z radości. Po raz pierwszy tak głośno i tak ekspresyjnie.

Biegu nie zaliczam do kategorii udanych. Pakuję go do szufladki z napisem „Elementarz biegowej radości i satysfakcji”. Nie, nie zrobiłem życiówki. Mimo to, jestem cały w skowronkach jak drzewo. 18:35, drugi najlepszy wynik w życiu. Wykręciłem go, chociaż dwa miesiące temu moje zdrowie leżało na szrocie obok zardzewiałego malucha i innych wraków, sześć tygodni temu wznowiłem treningi, w minionym tygodniu zaliczyłem pierwszy bieg w tempie progowym od powrotu do reżimu, a od tygodnia biorę antybiotyk.

Gdyby ktoś przed zawodami mi powiedział, że w takich okolicznościach osiągnę wiceżyciówkę, to bym zripostował „a Hitler i Stalin byli w gruncie rzeczy dobrymi ludźmi”.

Podsumowując: jest kapitalnie. Nic mnie tak nie nakręca do biegania jeszcze szybciej, jeszcze lepiej, jeszcze radośniej jak udane zawody i poczucie, że treningi idą w dobrą stronę. Daje mi to niesamowitą satysfakcję. Każdemu życzę czerpania ogromnej rozkoszy z kultywowanych zajawek.

IMG_20170729_212240_104
Kolejny do kolekcji 🙂

A, i okazało się, że moje tętno maksymalne jest jednak większe niż podejrzewałem. Niedawno na treningu osiągnąłem 200, wczoraj na finiszu jego wartość wynosiła 203. Bardzo cenna informacja z punktu widzenia treningowego.

Po zawodach przyszedł czas na celebrowanie sukcesu 🙂 Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak cudownie smakował pobiegowy posiłek w postaci lodów Grycana. Zahaczyłem o jego cukiernię, wracając dumny i blady Nowym Światem z medalem na piersi. Trzy gałeczki szefuniu z polewą i kruszonką! Pochłonąłem je w takiej euforii, że nie zwracałem zbytniej uwagi na smak. Równie dobrze Michel Moran albo inny Modest Amaro mógłby przede mną postawić stek z wieloryba na puchowej kalafiorowej pieżynce, a zjadłbym zeżarłbym go w chwilę niczym cheeseburgera z McDonalda.

Ostatnie słowa poświęcę na podziękowania:

  • Rodzina – po biegu dostałem sms o treści „gratulujemy powrotu na szczyty” – Kochaaani, na szczyt to ja jeszcze wejdę 🙂 ;
  • Ola – idealnie wstrzeliłaś się w to, co chciałem usłyszeć!;
  • Mikołaj – żeś się pospieszyyył…;
  • Paweł – pamiętałeś 😀 ;
  • Mariusz – po radomsku z i(s)krą!;
  • Współlokatorzy – ani razu od nich nie usłyszałem, że śmierdzę po treningu, rexona działa;
  • Ludki z pracy – największe ofiary mojego biegowego gadulstwa, w końcu spędzają ze mną czas od poniedziałku do piątku na ołpenspejsie.

Dziękóweczka i szacuneczek od człowieka z Radomia! Bez Was by tego nie było! 🙂

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s