Bieg na Piątkę 2017 – relacja

Miniony weekend minął pod znakiem biegowego święta w stolicy. W niedzielę odbyły się 39. Maraton Warszawski i towarzyszący mu Bieg na Piątkę. Wziąłem udział w tym drugim. Część z Was pewnie wie, z jakim skutkiem. Dlaczego aż tak się jaram? Jak mi się biegło? Zapraszam do przeczytania relacji!

Jestem niesamowicie zadawolony. Radość we mnie płonie jak stosy pod czarownicami w średniowiecznej Europie. W końcu pobiegłem tak, że poczułem stuprocentową satysfakcję z wykonanej pracy.

Jeszcze na przełomie maja i czerwca nie działo się ze mną zbyt dobrze. Zdrowie zarówno psychiczne, jak i fizyczne, kulało bardziej niż postrzelony w kolano uciekinier. Z pomocą specjalistów i bliskich złapałem oddech i powstałem. Nie piszę tego po to, żeby się żalić, czy też pokazać, jaki to ja byłem biedny. Nope, nie o to chodzi. Dzielę się tym z Tobą, ponieważ chcę pokazać, że się da. Fatalne sytuacje, z których nie ma wyjścia to naprawdę baaardzo skrajne przypadki. Z większości z nich jesteś w stanie się wykaraskać, odbić się od dna, cisnąć z życiem i tym samym być jeszcze mocniejszy niż wcześniej.

IMG_20170923_130715_346
Przygotowany, zdeterminowany!

Pod koniec czerwca wznowiłem treningi. Miesiąc po nich osiągnąłem 18:35 w Biegu Powstania Warszawskiego na 5km (relacja tutaj: KLIK!). Następnie wystartowałem na początku września w 4F Piątce Praskiej (relacja tutaj: KLIK!). Ukończyłem ją z czasem 18:04. Liczyłem na to, że o ile nie będę miał problemów żołądkowo-jelitowych lub nie będzie fatalnych warunków atmosferycznych, to życiówka wynosząca 17:45 pęknie 24 września w Biegu na Piątkę.

Ale nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy! 😀

Dzień przed startem postanowiłem poświęcić na trenowanie swojej głowy. Na nogi zdecydowanie za późno 😉 Z pomocą przyszedł film „Podejrzani” (jakie tam jest wykręcone zakończenie!!!), a także książka „Jak bardzo tego chcesz?” (zrecenzowałem ją tutaj: KLIK!). Potrzebowałem odstresować się. Pomogło. Stres nie zelżał do minimum, ale był do wytrzymania.

W niedzielny poranek niechciany przyjaciel niemalże każdego biegacza nadal nie odstępował mnie na krok. Próbowałem rozładować go muzyką i śmiesznymi filmami na youtubie. Może nawet za bardzo, bo na starcie zameldowałem się zbyt spokojny. Więc nie omieszkałem sprzedać sobie paru liści w twarz na pobudzenie. Niech ta adrenalina buzuje! Jedziemy z tym!

20170924_130029(0)
Piątka piątką, ale to maratończycy byli głównymi bohaterami niedzieli!

Ustawiłem się blisko pierwszej linii. W końcu wziąłem sobie do serca i do wykonania tę złotą radę Bugiego (mój kolega z pracy, piona dla Ciebie!). Strzał startera i poszliii!

Pierwszy kilometr w 3:39. Nie no, Piotrek, z takim tempem to życiówencji nie zrobisz. Przyspieszyłem. Drugi w 3:24. Czułem się dobrze. I psychicznie, i fizycznie. Na trzecim nieświadomie zwolniłem nieco – 3:29. Spoko, nie jest źle, ale warto trochę przyspieszyć, zwłaszcza, że nogi podawały jak Ronaldinho w Barcelonie. Czwarty minął w 3:26. Super, już wiem, że będzie życiówka! Tylko jaka?

Ostatnie 1000 metrów pokonałem w 3:14. Niby najszybszy kilometr, ale jak się dłużył! To dzięki organizatorom, którzy ustawili na nim oznaczenia odliczające dystans do mety co sto metrów. To była mordęga. Biegniesz i widzisz te setki, z których każda zbliża się do Ciebie tym wolniej, im więcej wysiłku wkładasz w finisz na zmęczonych girach 😀

Metę przekroczyłem z czasem 17:12, który dał mi 46. miejsce na nieco ponad 2800 osób. YEAH!

IMG_20170925_182555_331
Baaardzo podoba mi się ten medal

Oczywiście, jak chwilę po biegu zdałem sobie sprawę z tego, ile zabrakło mi do złamania 17 minut, to stwierdziłem „Kuuurde, te 13 sekund mogłem urwać…”. Jednak gdy odebrałem worek z depozytu, adrenalina puściła i zalało mnie zmęczenie, to zmieniłem zdanie. Nie dało się szybciej. Po żadnym z tegorocznych startów nie czułem się tak styrany jak koń po westernie. Zaprezentowałem się na 99% swoich możliwości. 100% to rzyganie na mecie, ewentualnie odcinka tuż przed nią.

Ogromnie się cieszę, że w końcu nie podszedłem do biegu asekurancko, tylko cisnąłem radośnie i pewnie tak jak dzieciaki ciskają śnieżkami w zimę. Przed i w trakcie biegu powtarzałem sobie „Dobra, dajesz, najwyżej osłabniesz w końcówce, ale nic się nie stanie”. Nie ma to jak pozytywny dialog z samym sobą 🙂

IMG_20170924_115112_703
Czysta radość! 🙂

Z całego serca dziękuję wszystkim, którzy trzymali za mnie kciuki. Za wszystkie pozytywne komentarze i lajki, za miłe słowa przed i po! Dzięki! To dodaje siły!

Najbardziej dziękuję Rodzinie, dla której zawsze będę najlepszy, nawet jeśli przybiegnę w samym końcu stawki. Specjalne słowa uznania należą się również Moim Mordeczkom (Dymu, Marian, Człek – szacun!), a także Teamowi z pracy, który jest najczęściej narażony na moje biegowe gadulstwo, ponieważ spędza ze mną 8 godzin dziennie przez 5 dni w tygodniu 😀

To co, czas teraz na życiówkę na dychę? Jesienią zrobię to, co miałem wykonać wiosną? Bieg Niepodległości w Warszawie coraz bliżej!

 

 

Reklamy

4 comments

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s