XXXV Bieg Chomiczówki – relacja

Pierwszy start w 2018 roku, pierwsza życiówka. Jeszcze na dobre nie rozkręciłem się treningami, a uzyskałem wynik, który jest dla mnie bardzo dobrą zapowiedzią zbliżającego się sezonu.

A miałem w ogóle nie wziąć udziału w XXXV Biegu Chomiczówki! Siedziałem w pracy, robiłem coś tam (a może nawet i niczym się nie zajmowałem poza liczeniem kasetonów na suficie), kiedy na naszego korporacyjnego ołpenspejsa wbił triathlonujący kolega i zapytał: startujesz tam? Długo się nie zastanawiałem. Stwierdziłem „aaa, w sumie co mi zależy”. Zarejestrowałem się tuż po otwarciu zapisów. Tak szybko nie reaguje nawet Świadek Jehowy na zaproszenie go do domu.

Rok temu w Biegu Chomiczówki na dystansie 15 kilometrów miałem złamać godzinę. Zrobiłem 59:16. Całkiem spoko. W tym roku postanowiłem pobiec poniżej 59 minut. Uzyskałem 58:10. Osoby, które czekały na mnie po zawodach, widziały, jaką radością emanowałem tuż po przekroczeniu mety. Co prawda, może nie była aż tak ogromna, że potrafiłbym wyleczyć ludzi z depresji za pomocą dotyku, ale oglądanie mnie uśmiechniętego od ucha do ucha sprawiało całkiem niezłą przyjemność.

BiegChomiczowki2018_muchy
Tutaj odganiam niewidzialne muchy, ewentualnie mówię coś do karła, którego tylko ja widzę / fot. RunFoto

Dlaczego tak się cieszyłem? Po pierwsze, nie miałem żadnych perypetii gastrycznych, które towarzyszyły mi w poprzedniej edycji tego biegu. Po drugie, mniej więcej w połowie i na 2/3 dystansu w głowie kołatała mi myśl, że pokonanie bariery 59 minut jest w moim zasięgu, ale nie obędzie się bez walki, z której ostatecznie wyszedłem zwycięsko (YEEEAAAH!!!). Po trzecie, wręcz wzorowo zrealizowałem założenia taktyczne niedzielnego startu.

A były one następujące: pierwsze 5km w 20:00 (wyszło 19:59), kolejne w 19:40 (było 19:32), a pozostała część dystansu w 19:19 (pocisnąłem w 18:39 😀 ). Niektóre fragmenty biegu pokonywałem szybciej, niż zakładałem, ponieważ na trasie nie było oznaczeń co kilometr. Można to dopracować przy okazji kolejnej edycji biegu, ale jak sami widzicie, to nie jest mus. I bez tego, bazując tylko na przekłamanych (na korzyść dla mnie, hehe) odczytach z GPS-u z zegarka, można wyczłapać życiówkę. Ba, nawet trzeba podkreślić, że to był języczek u wagi. Goniłem króliczka, którego już nieświadomie minąłem i zostawiłem w tyle. Na metę wpadłem na 74. miejscu w klasyfikacji generalnej ze wspomnianym już czasem 58:10.

IMG_20180121_143035_427
Pizzunia po zawodach to rzecz święta!

W tym miejscu pragnę gorąco podziękować Rodzinie oraz Mordeczkom, a w szczególności Monice, Pawłowi i Michałowi, którzy czekali na mnie na mecie, a następnie razem z nimi przyrządziłem i skonsumowałem zasłużoną pizzunię niedługo po biegu 😀

W nowy sezon wszedłem z przytupem wywołującym iskry. Iskry zaprószyły ogień. No a ogień, wiadomo… Jaram się!

Spodobał Ci się tekst? Bardzo mnie to cieszy! 🙂 Zachęcam Cię do polubienia fanpage’a Obiegówki na Facebooku, aby być na bieżąco ze wszystkimi postami.

Reklamy

4 comments

  1. I Ani, która krzyczała „jedziesz, Piotrek, dajesz!” i której nie zobaczyłeś.. aż dwa razy (na Brązowniczej i tuż przed metą na Aspekcie). HMU for zdjęcia! (Bo mam. Dużo. Twoich). Pa.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s