Życiówka za życiówką – podsumowanie sezonu 2016, cz. II

Uskrzydlony wynikami z pierwszej części sezonu, byłem bardzo pozytywnie nastawiony na drugą. Niestety, początek przygotowań do dwóch zaplanowanych jesiennych startów został nieco zaburzony.

Jak minęła moja biegowa wiosna, możecie przeczytać klikając tutaj 🙂

Po maratonie postanowiłem pojechać na początku maja na urlop. W końcu mogłem to zrobić. Nie chciałem wcześniej nigdzie wyjeżdżać, aby solidnie trzymać się planu treningowego. Jak już zapewne wiecie, opłaciło się to bardziej niż kredyt we frankach.

Po maratonie zrobiłem sobie miesięczną przerwę od biegania. Odpocząłem fizycznie i psychicznie. Pod koniec maja postanowiłem wrócić na dobre na ścieżki biegowe, lecz niestety mój powrót skończył się równie szybko, jak się zaczął.

Podczas jednego z treningów zacząłem odczuwać ból po zewnętrznej stronie kolana. Towarzyszył mi on nie tylko podczas biegów, ale czasem również i w ciągu dnia (osiem godzin dziennie w biurze w pozycji siedzącej robi swoje). Z tego powodu nie mogłem normalnie trenować. Próbowałem wychodzić na spokojne treningi, lecz po 2-3 kilometrach ból powracał.

Moje tegoroczne zdobycze

Poczytałem o moich objawach w internetach, no i obok raka, memów z kotami, przepisów gluten free i pląsawicy Huntingtona, natrafiłem na ITBS – zespół pasma biodrowo-piszczelowego, dość częstą kontuzję wśród biegaczy. Nie było innego wyjścia i udałem się do ortopedy, który potwierdził moje wcześniejsze obawy. Wzmacnianie mięśni nóg, rozciąganie, rolowanie – tak miałem wracać do pełni zdrowia.

I wróciłem na dobre na przełomie lipca i sierpnia 🙂

Początki były uciążliwe, ale nie przejmowałem się tym. W końcu miałem za sobą dość długi okres bez biegania, więc liczyłem się z pewnymi niedogodnościami. Nie odpuściłem, trudności szybko minęły. Postanowiłem biegać 3-4 razy w tygodniu, a za główny cel obrałem sobie 10km w XXVIII Biegu Niepodległości w Warszawie. Po drodze chciałem sprawdzić się na 5km w Biegu na Piatkę, który odbywał się pod koniec września obok 38. Maratonu Warszawskiego. Podczas obu wymienionych imprez chciałem powalczyć o życiówki.

Przed startem na 5km czułem się fantastycznie. Miałem moc, dynamit w nogach, coś à la Struś Pędziwiatr. Na szczęście nie było Kojota rzucającego kłody pod nogi 😉 18 minut złamane, 17:45 czas netto – cieszyłem się niezmiernie! Więcej szczegółów znajdziecie w relacji z Biegu na Piątkę.

82644-MWA16-20603-5-000101-mwa16_11_pbr_20160925_094711.jpg
Ostatnie metry Biegu na Piątkę 2016 / fot. FotoMaraton.pl

Było świetnie. Tyle, że po tym starcie dochodziłem do siebie przez tydzień. Pozostał nieco ponad miesiąc do głównej imprezy jesieni 2016. Przygotowania szły w dobrym kierunku. Do czasu.

Pod koniec października przypałętała się do mnie jakaś infekcja. Gorączki nie miałem, jedynie kasłałem, ciągnąłem nosem i czułem się dość słabo. Pragnąłem jak najszybciej dojść do pełni sił. W końcu przeziębienie na dwa-trzy tygodnie przed startem nie rokowałoby nic dobrego. Zrobiłem sobie krótką przerwę i nie biegałem. Chociaż przyznam, że pewnego dnia, czując się źle, podjąłem ryzykowną decyzję i wyszedłem na trening, po którym dobre samopoczucie powróciło. Nie wiem, jak to działa, ale jak działa, to niech działa. I na dodatek dostałem wtedy miłe słowa od Dziewczyny: „podziwiam cię za to”, czy coś takiego. Warto było 🙂

Infekcja po tym treningu przeszła i mogłem w spokoju dokończyć przygotowania do dyszki. Życiowej dyszki 🙂

37:43 – o 61 sekund lepiej niż wynosił mój dotychczasowy najlepszy rezultat na tym dystansie. Jak mi się biegło, przeczytacie w relacji z Biegu Niepodległości.

82644-BNW16-7461-10-000101-bnw16_01_alc_20161111_112502.jpg
Nie wiem, o co mi chodziło / fot. FotoMaraton.pl

Jestem niesamowicie usatysfakcjonowany z sezonu 2016. Zadebiutowałem w maratonie, łamiąc trzy godziny, a na dystansach od 5km do półmaratonu poprawiłem swoje życiówki. Chyba lepiej być nie mogło! No dobra, mogło, gdybym wystartował w Biegu Rzeźnika albo w innym biegu górskim. Odkładam je na później, pozostają w sferze luźnych marzeń.

Bardzo również cieszę się z tego, że potrafiłem zmobilizować się do treningu uzupełniającego i dzięki ćwiczeniom na wzmocnienie nóg, pośladków i korpusu, po ITBS prawie w ogóle nie ma śladu. Prawie, bo niedawny dwugodzinny seans w kinie trochę odczułem. Trzymanie przez dłuższy czas nogi zgiętej w kolanie nie jest dla mnie korzystne. Ale co tam, mogę biegać bez bólu!

Już mam kilka celów biegowych na sezon 2017. Podzielę się nimi z Wami, lecz w jednym z kolejnych wpisów 🙂

Spodobał Ci się wpis? Polub profil Obiegówki na facebooku i bądź na bieżąco!

Dodaj komentarz