O mnie

Bieganie sprawia mi ogromną frajdę. Po pierwsze, drugie i trzecie, traktuję je jako zabawę. Zabawę, która stała się moją największą życiową pasją. Po gdzieś tak czterdzieste czwarte, jest to dla mnie doskonały sposób na odreagowanie wszystkiego, odcięcie się na te godzinkę-dwie dziennie. Nie, to nie jest żadna metafizyczność, typu „w biegu poznaję swoje właściwe pierwotne ja i rozważam tajemnicę bytu, opierając się na filozofii Kierkegaarda”. Trudno o spokojne myślenie i dogłębne rozpatrywanie problemów dnia codziennego, kiedy tnie się w tempie interwałowym.

A jak to się zaczęło?

Były wakacje 2007 roku, licealna miłość nie wypaliła, więc siłą rzeczy nagle w moim życiu pojawiło się bardzo dużo czasu wolnego, który postanowiłem spożytkować na bieganie. Wciągnęło mnie.

Potem były przerwy dłuższe, przerwy krótsze, przerwy spowodowane różnymi czynnikami.

Aż w końcu jakoś od 2013-2014 roku biegam regularnie. Z przerwami na problemy ze zdrowiem.

W listopadzie 2014 zdiagnozowano u mnie wrzodziejące zapalenie jelita grubego (colitis ulcerosa). To choroba chroniczna z okresami remisji i z okresami zaostrzenia. Równie dobrze można przekreślić to ostatnie słowo i wstawić „biegunka” – jeszcze nigdy nie tworzyła ona tak CUdownego połączenia z bieganiem! 😉

Ale ja sobie nic z tego nie robiłem. Bo nadal chciałem spełniać się w swojej pasji. Jedyne co zrobiłem, to maraton niecałe półtora roku po diagnozie – złamałem granicę trzech godzin w debiucie na królewskim dystansie. Można? Można, chociaż nie spacerowałem cały czas po polanie wśród stokrotek i ćwierkających wróbelków.

Obiegówkę prowadzę od maja 2016 roku. Na tym blogu chcę pokazać, że można. Pomimo chorób, pomimo niesportowej przeszłości, pomimo czegokurdekolwiek. Dowód? Wejdź proszę w zakładkę Moje Wyniki.

Nie trzeba być nawet specem w jakiejkolwiek dziedzinie, a można traktować ją jako pasję i spełniać się w niej. To nie musi być koniecznie bieganie.

Chcesz zacząć malować i masz dwie zdrowe ręce? To w końcu kup te pieprzone farby, pędzel i jedź z tematem! Masz małe szanse na bycie drugim Picassem lub Matejką, ale co z tego? Liczy się TWOJA przyjemność. Pragniesz iść na koncert swojego ulubionego zespołu, a nie masz z kim? No i co z tego? Załatw sobie bilet i śmigaj. To w końcu TWÓJ ulubiony zespół.

Co do moich marzeń, oto ich skrócona lista:

– koncert Vince’a Staplesa

– wejście na Kilimandżaro

– uczestnictwo w ultramaratonie górskim

– skok na bungee

– kolejne życiówki w biegach ulicznych na różnych dystansach (od 5km do maratonu)

Oby zdrowie dopisało 🙂

Pozdrawiam serdecznie,
Piotrek Adamczyk