„Maratończyk” – recenzja książki

Wakacje 2007. 10 lat temu byłem jeszcze nastolatkiem uczęszczającym do liceum i nic nie wiedziałem o życiu. Moja ówczesna dziewczyna rzuciła mnie i nagle miałem więcej czasu dla siebie i doszedłem do wniosku, że zrobię to, co chciałem zrobić od kilku lat.

Wyszedłem pobiegać.

Nie miałem na sobie żadnych firmowych butów ani ciuchów. Wziąłem z szafki te cichobiegi, które wydawały mi się najbardziej odpowiednie do biegania. Prawdę mówiąc, gdybym w nich pokonał nawet półmaraton, pewnie przypłaciłbym to kalectwem. Czas mierzyła mi zdezelowana bodajże nokia, która trzymałem cały czas w dłoni. O opasce na ramię nawet nie myślałem. Nie miałem zegarka sportowego z gpsem, nie zakładałem leciuteńkiej odzieży, której bym nawet nie czuł na sobie.

To było zaledwie dekadę temu. Dość niedawno, prawda?

W latach 60.-70. ubiegłego wieku tego typu bieganie było normalne. Zero techniki, zero jakichkolwiek udogodnień. Buty sportowe były dostępne tylko dla wybranych. Nikt nawet nie marzył o ułatwieniach, które obecnie są na wyciągnięcie ręki.

Koszulka? Bawełniania. Zegarek? Ze wskazówkami. Buty? Jakiekolwiek wygodne.

20170420_070448
Trzy pobudzacze: organizmu, wspomnień i motywacji

I w takich warunkach ludzie pokonywali maraton w czasie poniżej 2 godzin i 20 minut. Szczerze powiedziawszy, aż jest mi wstyd, że trudno mi wyobrazić sobie bieg bez tych wszystkich bajerów. A biegam wolniej. Zdecydowanie wolniej.

Dlatego też „Maratończyk” Billa Rodgersa i Matthew Shepatina (a także cała stara szkoła biegania) zaimponowali mi ogromnie, zmieniając moje postrzeganie najprostszego sportu na świecie.

Czy zdajecie sobie sprawę, że Rodgers (życiówka na 42,195km: 2:09:27) biegnąc po zwycięstwo w słynnym maratonie bostońskim, nie wiedział, w jaki tempie się porusza? Nie miał pojęcia, czy jest to 2:59/km, czy 3:02/km, co podczas biegu maratońskiego robi ogromną różnicę. Chciał wygrać, więc trzymał się czołówki. To jest nie do pomyślenia w obecnym świecie, gdzie każdy trening, nie tylko zawodowców, może być, a często nawet jest, wymierzony co do sekundy.

„Maratończyk” pochłania czytelnika od pierwszych stron. Nie tylko dlatego, że bieganie według Rodgersa jest banalnie proste.

Z książki wyłania się obraz niesamowicie zdeterminowanego mężczyzny, który nie poddaje się w drodze do celu, choć na przeszkodzie mogło mu stanąć bezrobocie (czyli brak pieniędzy), marna praca na pełen etat (czyli posiadanie jakichś pieniędzy, lecz oprócz nich dochodziły stres oraz zmęczenie fizyczne), niekorzystne warunki atmosferyczne panujące w Nowej Anglii. Nic go nie złamało, ciągle przekraczał swoje bariery. Długi trening na kacu? Nic prostszego. Wygrana w maratonie w Bostonie? Zrobione. Wpisanie się na listę najlepszych biegaczy ze swojej epoki? Odhaczone.

20170319_140548_20170420072139111
Cytat, który zostaje w pamięci na długo

Sama narracja jest bardzo ciekawe poprowadzona. Nie licząc kilku ostatnich rozdziałów, pozostałe z nich posiadają dwie odrębne części: pierwsza to opis pierwszego zwycięskiego maratonu w Bostonie, druga – droga do tego wyścigu na królewskim dystansie. Czyta się to świetnie, mimo pewnego zaburzenia chronologii.

Poza biografią Rodgersa, otrzymujemy również bogatą historię biegów maratońskich, w szczególności tych rozgrywanych w Bostonie. Nie muszę dodawać dlaczego akurat tamte są wyróżnione 😉 Zapoznając się z solidną porcją informacji, nie mamy wrażenia, że czytamy nudny podręcznik gimnazjalny do historii. Dane przekazywane są ze smakiem.

Pianiści mają Fryderyka Chopina, malarze Vincenta van Gogha, natomiast biegacze Billa Rodgersa. „Maratończyk” to pozycja obowiązkowa, nie tylko dla zmagających się z królewskim dystansem.

10/10

Dodaj komentarz